poniedziałek, 4 listopada 2013

Cukier w normie

Kilka dni temu myślałem o tym, że chcę być człowiekiem sukcesu. Najlepszy specjalista w mieście, koncertujący po całej Polsce z głosem wywołującym dreszcze na skórze częściej niż Michael Buble czy Josh Groban. Moja pewność siebie widziała sympatyczne mieszkanie na poddaszu z podwójnym łóżkiem i działkę w lesie. Przechadzając się po księgarni w wyobraźni, spostrzegłem literacki debiut autora o imieniu w miejscu nazwiska, ale o poruszającym i czułym tytule. To najpewniej metafora. Nadal to widzę, ale już poznaję -  to jednak ja, człowiek nie mogący się uwolnić od cienia rozłożystego drzewa mimo jałowej jesieni.
Ucieczka z rodzinnego domu uświadomiła mi, że jestem milczącym bratem i synem "na chwilę". Mam wrażenie, że wykuto mnie ze złego surowca. Ze łzy, która nie powinna spaść. Nie uczę się na błędach, a po tylu latach studiów powinienem pojąć, co robić, by było lepiej. W końcu mam być puzzlem intelektualnej elity. Zbyt często okazuję słabość, którą powinna zastąpić siła. Powinienem ciężko pracować i marzyć, a nie tylko szukać obrazów idealnej przyszłości do przewidzenia. 
Nie do końca wiem, czego powinno być we mnie więcej, ale przede wszystkim muszę się postarać, by być najlepszym dla tych, którzy po cichu liczą na pół naparstka uwagi. Nieuzasadnione nie mogę i nie mam czasu nie jest mi już potrzebne. Moje działanie i myślenie wpadły na moment do rzeki Rutyny. Nie umiejąc pływać, musiałem umrzeć, by serce znów zaczęło bić rytmem, który znam. 



wtorek, 29 października 2013

Piętrowy banał

Zdarzyło mi się mieszkać na ósmym piętrze. Przez rok pokonałem trasę mechanicznie jakieś 2 razy. To były moje nogi, bo mi się nie chciało. Znów mieszkam na pierwszym, choć najpierw na czwartym, i okazuje się, że zbyt szybko trafiam ze świata zewnętrznego do przestrzeni głuchej jak pień. A przecież kiedyś mi się spieszyło. I choć nie słychać, widać, bo przecież mowa pozawerbalna to aż siedemdziesiąt procent tego, co nazywa się komunikacją. Ciach! Znowu coś zburzyłem, kolejny raz zawiodłem, znowu częstujesz mnie ciszą. A ja nie mam siły podnieść nawet serwetki, więc zalewam duszę czystym powietrzem. Wędrując chodnikami obsypanymi złotem, nie słyszę Twojego oddechu. A w dłoniach, zamiast Twoich palców, trzymam odtwarzacz, próbując zająć czymś ręce, które mają ochotę tylko na jedno - opaść ulegle wzdłuż tułowia. I wracam, jak co dzień, na swoje pierwsze piętro w imię ucieczki przed ciemnością. Każdy błąd zawsze dużo mnie kosztuje. Poddaję się, nie czuję swoich potrzeb i uświadamiam sobie, że w moich żyłach pielęgniarka może znaleźć tylko jedno - smutek.


poniedziałek, 28 października 2013

Magia chwili

Jestem.

Pewnie nie do końca, a jednak na moment. Popołudniówki w pracy przez kolejny jesienny weekend sprawiają, że na przełomie niedzieli i poniedziałku wpadam w anielską bezsenność. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie czekające mury uczelni, wołające mnie ciepłym, maminym głosem tuż przed wschodem słońca, którego można się tylko domyślać pod stertą chmur. Patrząc na swoje życie z perspektywy dwóch miesięcy, mógłbym powiedzieć, że umierałem i rodziłem się. Wciąż w kółko, ale do przodu, żadnego regresu (wyłączając pamięć). Okazało się, że boję się zmian i odległości, jeżeli chodzi o miłość, która, na szczęście, ugrzęzła w martwym geograficznym punkcie. Kocham całym sobą od dziewięciu miesięcy (jej!). Pękałem z dumy jak paw i wylewało się ze mnie, jak z balonu z wodą. Znalazłem swój kąt, który unosi ciężar kolejnych wspomnień, choć po drugiej stronie drzwi znalazła swoje miejsce dopiero jedna osoba. Zażyłem spontanicznej kąpieli we wrześniowym morzu, mimo że to dla mnie czas, w którym lata biegną szybciej niż zwykle. Wróciłem do czerni. Przez przypadek, ale świadomie. Dziś ten kolor na mnie nie jest już motywem aspołeczności i autoodtrącenia (chociaż wciąż chowam to, co jest pod niezbyt grubą powierzchnią), ale gustu. Staram się głębiej oddychać i wyluzować. To bardzo pomaga przy śpiewaniu. Wracając z prób, promienieję, wiedząc, że jednak da się coś jeszcze zmienić na lepsze. Jest mi dużo lżej. Nie tylko z tego powodu. Minął kolejny miesiąc z moim ciałem. Już nawet waga nie próbuje mnie oszukać. Dane do analizy: S, 30, 69. Ciekawe, jak u Ciebie. Nie, to nie jest ciekawość. Tak długo jeszcze nie tęskniłem. Śniły mi się wczoraj pierniki. Te spalone, te kruche, te w Twojej kuchni, te z Tobą.


piątek, 16 sierpnia 2013

Kamienie

Widzę ich codziennie i o każdej porze. Nieważne, czy idę do apteki, czy mam uśmiech na twarzy, czy raczej wyję do księżyca. Są różni, ale przemykają w duecie i bezwstydnie noszą z dumą bawełnę i dżins we wszystkich kolorach tęczy. Zanim ich minę, skrupulatnie przygotowuję się do tej znajomości. Wystarczy mi sokole oko, bo słuch na nic nie przyda się moim socjologiczno-partnerskim obserwacjom. Co charakteryzuje ich latem? Każde z nich ma swoje miejsce w samochodzie, swoje chusteczki do swojego nosa, swoich znajomych, swój czas... Pojawia się pytanie, czym różni się charakterystyka tej pory roku od trzech innych. Odpowiedź jest banalna - chodzi o to, że każdy kwartał upływa im w ten sam sposób. Wyglądają najlepiej jak mogą, a jedyna mowa jaką znają to wewnętrzny krzyk, który nie może się wydostać, bo siła woli tylko w myślach ma nieograniczoną moc. Najczęściej jednak nic nie mówią, żeby nie popełnić błędu ortograficznego. W ten sposób niespełniona znajomość kończy się w momencie, kiedy nasze ramiona mijają się, nie znając nawet swoich imion. Wydaje się, że przypadkowa miłość po nocy utopionej w szklance alkoholu to przy tym małe studenckie piwo. Problem w tym, że przede mną snuje się następny dwuosobowy twór, z którego zakpił wybór.

Czy my też będziemy tak wyglądali? - przywiązani do życia, które wybraliśmy wcześniej; w duchu najlepszych decyzji dnia wczorajszego, tak bardzo różniących się od dzisiejszych pragnień. A wszystko w myśl zasady, że dobrze jest wyglądać razem. 


środa, 14 sierpnia 2013

Dom

Są takie przestrzenie, którym niejeden drapacz chmur mógłby pozazdrościć grubości murów i stabilności fundamentów. Jest tak wiele miejsc, o których tylko słyszałem. Kiedy zacząłem podsłuchiwać lokalne wieści, uwierzyłem na słowo, że cztery ściany to ludzie. A przecież warstwa powierzchowna to nie wszystko, nawet, jeśli daje wrażenie bezpieczeństwa. W tym momencie przypomniał mi się koncert, który wycisnął ze mnie wzruszenie, podkreślając pamięć o kolejnej formie poświęcenia. Kilka miesięcy temu usłyszałem, że dom nie może być byle jaką przestrzenią, że przede wszystkim w domu trzeba mieć ładne meble. W tej jednej chwili każdy odnajduje w sobie duszę architekta, staje się na sekundę najwybitniejszym projektantem intymnych przestrzeni niepublicznych. Tylko co z tego, że te meble pięknie się prezentują, skoro nawet kurz nie chce z nich sam spaść? Zanim przedłużyłem swoje myśli, musiałem zaczerpnąć sennej, pościelowej kąpieli. Otworzywszy oczy, wpuściłem do moich czterech ścian powietrze i wykonałem kilka kroków. Wstałem jak zwykle przed budzikiem. Niedługo zostanę zdyskwalifikowany z życia przez permanentny falstart. Mój niepokój nie pozwala mi zostać niewolnikiem wskazówek. Przecież chwila, w której projektuję, jeszcze się nie skończyła. Nie postawiłem jeszcze kropki nad i domowego zacisza. I nie stanąłem jeszcze na szczycie wieżowca, by móc z dumą oglądać to, co stworzyłem. Gdybym poddał się teraz, to tak, jakbym wyciągnął ciasto z pieca pięć minut przed końcem pieczenia, by sprawdzić, czy może jest już dobre, choć przepis na to nie wskazuje. Wciąż jednak moje myśli włóczą się wokół domu, bo dziś rano, planując ucieczkę do wirtualnego świata, z mojej zmęczonej klawiatury wypadł kolejny przycisk 

- Home. 


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Zaklinacz czasu

Głowa opadła na parapet, kiedy głośniki rosły w pasie od smutnych melodii. Między czołem a marmurową powierzchnią toczy się moja walka o czas, który chciałem przeżyć i z czasem, który chcę zatrzymać. Na dwie przeciwstawne szale tej samej wagi weszły nieśmiało moje pragnienia i Twoje marzenia. Nic bardziej beznadziejnego. Czas na walkę z grawitacją, by móc stawić temu czoła.

sobota, 10 sierpnia 2013

Żar

Pewnego dnia był sobie rynek, a na nim ja i ona - właścicielka biało-różowych adidasów w rozmiarze SuperSmall. Dziewczynka, przebierając nogami, z pokręconymi włosami przyklejonymi do wąskiego czoła i krótkiej szyi podzieliła się refleksją na temat tego, co dzieje się w jej głowie. Nie, nie ze mną, ale ze swoją matką, która jeszcze przez kilka lat będzie dla niej mamą. Nie byle jaką. Bizneswoman z niej pierwsza klasa. A jak wiadomo, pierwsza klasa zawsze jest najdroższa. Oko podkreślone, włos upięty i żadnej kropli na czole, nie mówiąc o matowej powierzchni twarzy w chwili, kiedy na drugim końcu miasteczka pękają termometry. Kobieta kroczyła z idealnie zarysowanym brzuchatym łydki prosto przed siebie, czyli tam, gdzie zarzuciła wędkę swych źrenic, szukając nie wiadomo czego. W obłędzie swojego milczenia umacnia się na pozycji matki. 

Córka: Mamo, mamo!
Jeszczemama: Tak...
Córka: Mózg mi się pali!
Jeszczemama: No...

Pjona, mała! - krzyknąłem w myślach, rozpiąłem pierwszy od góry koszulowy guzik i zauważyłem w środku powietrza, że obraz jest niewyraźny, że to mogła być fatamorgana, bo matka i córka nie pozostawiły po sobie nawet cienia wątpliwości.

Bez wątpienia z nieba lał się żar i wcale nie był to żar miłości.