niedziela, 17 listopada 2013

Próba generalna

Kiedy pół miasta śpi, a drugie pół bawi się w zakazaną miłość, zapominam o reszcie ułamków i jem płatki czekoladowe bez mleka. W lodówce pływają tylko ryba i światełko, które zaczęło mrugać. Nie dlatego, żebym się uśmiechnął. Zapadłem w przedzimowy naukowy trans. Kiedy myślę, że naprawdę chcę, bo spełnianie marzeń trzeba zaczynać "od zaraz", żeby nie móc nie mieć czasu na ich realizację, zostaję zasypany trzystoma stronicami. Nie oskarżę nikogo, że nie dał mi czasu, chociaż naprawdę nie dał. Nikt nie jest winny tego, że niestudia zajmują mi czterdzieści godzin tygodniowo i że od siódmej do dwudziestej trzeciej. Ani nawet, że złożyłem kilka obietnic, a żadna nie może zostać spełniona, bo mnie nie ma. Drugiego mnie także nie. Życie polega na ciągłym przystosowywaniu się, zwłaszcza wtedy, kiedy chcemy mieć wszystko. A ja zacząłem chcieć to mieć, bo tylko wszystko daje mi szansę na życie, o którym rok temu mogłem tylko pomyśleć. Nawet, jeśli to oznacza ciągłe wybaczanie sobie, że kolejny raz nie podałem dłoni, którą wyciągnąłem z kieszeni już dawno temu i nieustanny lęk, że być może nigdy nie zdążę. Nowy początek wymaga ofiar, a ja nie wiem, co mam wybrać, czyli co mam zostawić, a na czym się skupić. Równy podział i harmonia są niemożliwe w świecie marzeń, pasji, pieniędzy i drugiego człowieka. Rzuciłbym kośćmi, ale co wtedy, gdy oczka pokażą nie tyle kropek, ile chcę? Krzyczę, bo przestaję wiedzieć. Mam zbyt wiele do stracenia i tak wiele mogę nigdy nie poznać. Każda minuta jest radością z jednego i żalem z innego powodu jednocześnie. Dziś nie mogę oddychać. Głos drży, a dłonie pękają od zapomnienia.


wtorek, 12 listopada 2013

Moje miasto

Rozwijam się wraz z nim - swoim tempem, które nie znosi czekać. Stagnacja oznacza samobójstwo, które wcale nie jest bezbolesne, choć dla niego to tylko kolejny pretekst do wyścigu szczurów w rankingach ludzkich zdań. A ja? Siedzę przyczajony w bujanym fotelu, spoglądając na falę postmodernistycznego zacofania. W końcu lekko sunę do przodu i zaczynam czuć krew spływającą z ciemienia moich nadziei, które przedziurawił karabin słów. Rzadko z powierzchni czerwonych cegieł, częściej w konkluzjach bezlitosnych i nienawistnych żartów. Mimo bólu, strachu i niepewności. Nie jestem na bieżąco. Dusza oświeceniowego humanisty nie wyprzedzi pędzącego pociągu, tak jak słowa nie wyprzedzą czynów. Moje miasto nie różni się niczym od innych - każdego dnia unosi się nad nim czarny dym wywołany kolejnym słowem, które zostało potwierdzone zachowaniem. A ono zbudowało mur. 



czwartek, 7 listopada 2013

Milczenie jest złotem

Z każdą środą i weekendem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że większość osób z pracy ma IQ mniejsze od krzesła, na którym teraz wyśpiewuję swoje nic nieznaczące i nieobchodzące nikogo zdanie. Próby przewidzenia przez nich jakiegokolwiek stanu rzeczy jest mniej prawdopodobne niż to, że wróżbita Maciej stwierdzi, że jestem mężczyzną. Myśląc za szefa, odbieram sobie drugie dzieciństwo, ale milczę, bo świadomość straty jest nieprzyjemna.

Kiedy słucham, nie mówię. W ten sposób poznaję.

Widziałem też ją - przypadkiem, bo moje życie towarzyskie składa się teraz z incydentalnych chwil. Usłyszawszy dobrze z zaznaczeniem uśmiechu na twarzy, prawie uwierzyłem. Prawie, bo wiem nieco więcej niż inni spośród tłumu, który ona teraz opuściła. W sumie nigdy w nim nie była, ale pewnie myśli inaczej. Teraz jej życie zwolniło, ale myśli wciąż przyspieszają; znowu biorą udział w wyścigu po nieprzespaną noc i głuchy telefon. Nie do końca wiem, co chciała przez to powiedzieć, ale rozumiem tę oszczędność słów. Są chwile, kiedy przestaje się mówić, żeby zbudować klosz. To sytuacja o tyle beznadziejna, że, odcinając zdrowy rozsądek i wierząc w sukces ucieczki przed światem, zapominamy, że łzy zostają wewnątrz nas.

Ze środową bezbronnością przed obowiązkami, którą powoli wymazuję z twarzy, wyszedłem naprzeciw sklepowi całodobowemu. Zupełnie odrywając myśli od rzeczywistości, zagaiłem do pani siedzącej w okienku, której dotrzymywała towarzystwa krzyżówka. Poprosiłem, podziękowałem, zapiąłem plecak i chwyciłem wodę w rękę. W geście dobrego wychowania rzuciłem do pani słowo dobranoc bez wzajemności, chwilę przed tym, zanim sobie uświadomiłem, że przecież ta kobieta dziś spać nie pójdzie.



poniedziałek, 4 listopada 2013

5 minut

Zjadłem dziś obiad. Zobaczyłem pod osłoną nocy bydgoską wersję jednego z braci Mroczków. Nie znalazłem różnicy w pośpiechu. Doszedłem do ładu z książkami, które przyprowadziłem do prywatnej przestrzeni pięć tygodni temu. Mam czas na miłość. Przestraszyłem się nowoczesności, z której wyrosła nowa biblioteka. Znów najlepszym snem jest ten najkrótszy. Zmieniam baterie w odtwarzaczu jak rękawiczki. Nie dając pretekstów próchnicy, zjadłem Grześka bez polewy i wciąż walczę, by nie skoczyć do monopola oddalonego o pięć minut od moich potrzeb. Przynajmniej dziś ograniczam węglowodany. W dobrze znanej mi książce z przeszłości akademickiej znalazłem kartkę z numerem telefonu do dermatologa z województwa. Wciąż jestem w tyle z materiałami i przygotowaniami, ale nadrabiam straty czasowe, wykorzystując każdą niepotrzebną wolną chwilę. Wciąż nie mogę się nadziwić światu, a mój podziw dla tego, co ogarniam zmysłami, jest niezwyczajny. Za najważniejsze uważam to, że nic się nie zmieniło, a ja znowu patrzę i...widzę.

Cukier w normie

Kilka dni temu myślałem o tym, że chcę być człowiekiem sukcesu. Najlepszy specjalista w mieście, koncertujący po całej Polsce z głosem wywołującym dreszcze na skórze częściej niż Michael Buble czy Josh Groban. Moja pewność siebie widziała sympatyczne mieszkanie na poddaszu z podwójnym łóżkiem i działkę w lesie. Przechadzając się po księgarni w wyobraźni, spostrzegłem literacki debiut autora o imieniu w miejscu nazwiska, ale o poruszającym i czułym tytule. To najpewniej metafora. Nadal to widzę, ale już poznaję -  to jednak ja, człowiek nie mogący się uwolnić od cienia rozłożystego drzewa mimo jałowej jesieni.
Ucieczka z rodzinnego domu uświadomiła mi, że jestem milczącym bratem i synem "na chwilę". Mam wrażenie, że wykuto mnie ze złego surowca. Ze łzy, która nie powinna spaść. Nie uczę się na błędach, a po tylu latach studiów powinienem pojąć, co robić, by było lepiej. W końcu mam być puzzlem intelektualnej elity. Zbyt często okazuję słabość, którą powinna zastąpić siła. Powinienem ciężko pracować i marzyć, a nie tylko szukać obrazów idealnej przyszłości do przewidzenia. 
Nie do końca wiem, czego powinno być we mnie więcej, ale przede wszystkim muszę się postarać, by być najlepszym dla tych, którzy po cichu liczą na pół naparstka uwagi. Nieuzasadnione nie mogę i nie mam czasu nie jest mi już potrzebne. Moje działanie i myślenie wpadły na moment do rzeki Rutyny. Nie umiejąc pływać, musiałem umrzeć, by serce znów zaczęło bić rytmem, który znam. 



wtorek, 29 października 2013

Piętrowy banał

Zdarzyło mi się mieszkać na ósmym piętrze. Przez rok pokonałem trasę mechanicznie jakieś 2 razy. To były moje nogi, bo mi się nie chciało. Znów mieszkam na pierwszym, choć najpierw na czwartym, i okazuje się, że zbyt szybko trafiam ze świata zewnętrznego do przestrzeni głuchej jak pień. A przecież kiedyś mi się spieszyło. I choć nie słychać, widać, bo przecież mowa pozawerbalna to aż siedemdziesiąt procent tego, co nazywa się komunikacją. Ciach! Znowu coś zburzyłem, kolejny raz zawiodłem, znowu częstujesz mnie ciszą. A ja nie mam siły podnieść nawet serwetki, więc zalewam duszę czystym powietrzem. Wędrując chodnikami obsypanymi złotem, nie słyszę Twojego oddechu. A w dłoniach, zamiast Twoich palców, trzymam odtwarzacz, próbując zająć czymś ręce, które mają ochotę tylko na jedno - opaść ulegle wzdłuż tułowia. I wracam, jak co dzień, na swoje pierwsze piętro w imię ucieczki przed ciemnością. Każdy błąd zawsze dużo mnie kosztuje. Poddaję się, nie czuję swoich potrzeb i uświadamiam sobie, że w moich żyłach pielęgniarka może znaleźć tylko jedno - smutek.


poniedziałek, 28 października 2013

Magia chwili

Jestem.

Pewnie nie do końca, a jednak na moment. Popołudniówki w pracy przez kolejny jesienny weekend sprawiają, że na przełomie niedzieli i poniedziałku wpadam w anielską bezsenność. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie czekające mury uczelni, wołające mnie ciepłym, maminym głosem tuż przed wschodem słońca, którego można się tylko domyślać pod stertą chmur. Patrząc na swoje życie z perspektywy dwóch miesięcy, mógłbym powiedzieć, że umierałem i rodziłem się. Wciąż w kółko, ale do przodu, żadnego regresu (wyłączając pamięć). Okazało się, że boję się zmian i odległości, jeżeli chodzi o miłość, która, na szczęście, ugrzęzła w martwym geograficznym punkcie. Kocham całym sobą od dziewięciu miesięcy (jej!). Pękałem z dumy jak paw i wylewało się ze mnie, jak z balonu z wodą. Znalazłem swój kąt, który unosi ciężar kolejnych wspomnień, choć po drugiej stronie drzwi znalazła swoje miejsce dopiero jedna osoba. Zażyłem spontanicznej kąpieli we wrześniowym morzu, mimo że to dla mnie czas, w którym lata biegną szybciej niż zwykle. Wróciłem do czerni. Przez przypadek, ale świadomie. Dziś ten kolor na mnie nie jest już motywem aspołeczności i autoodtrącenia (chociaż wciąż chowam to, co jest pod niezbyt grubą powierzchnią), ale gustu. Staram się głębiej oddychać i wyluzować. To bardzo pomaga przy śpiewaniu. Wracając z prób, promienieję, wiedząc, że jednak da się coś jeszcze zmienić na lepsze. Jest mi dużo lżej. Nie tylko z tego powodu. Minął kolejny miesiąc z moim ciałem. Już nawet waga nie próbuje mnie oszukać. Dane do analizy: S, 30, 69. Ciekawe, jak u Ciebie. Nie, to nie jest ciekawość. Tak długo jeszcze nie tęskniłem. Śniły mi się wczoraj pierniki. Te spalone, te kruche, te w Twojej kuchni, te z Tobą.