niedziela, 29 kwietnia 2012

Społeczne panopticum




    Przypadek przerywa milczenie. Od października widzę przez okno market jednej z sieci spożywczych. Nie myślałem, że sklep może mnie zaskoczyć. Raczej nie on, a to, co porusza się między jego półkami. Po raz kolejny człowiek staje się głównym bohaterem moich rozmyślań. Tym razem zupełnie mi obcy. Do tej pory nie wiem, czy wzniosłem się na wyższy pułap świadomości. Czułem inność na najwyższym poziomie.

    Czym jest kolejka w sklepie? Wkurzający konsumencki korek, w którym nerwy biorą górę. Poza tym, jeżeli nikomu się nie śpieszy, nie zwracamy uwagi na ludzi w nim stojących. Przychodzi jednak taki dzień, w którym to Ty zostajesz zauważony na 10 minut przed zamknięciem i czujesz się wyjątkowo.

    Kobieta w beżowym sweterku, płowych włosach i granatowych spodniach stała przede mną z koszykiem w ręku. Oglądała się dookoła, jakby czegoś szukała. Obiektem Jej poszukiwań okazałem się...ja. Pani odwróciła się i zaczęła mówić do mnie - faceta z twarzą w barwach radości pomieszanej ze zmęczeniem, który przyszedł po paczkę chipsów, garść białych winogron, jogurt i serek homogenizowany na kolację.

- O, myślałam, że to mój przyjaciel Jurek. Nasza przyjaźń zaczęła się w Ogrodzie Botanicznym. Bo nasza uczelnia ma swój ogród. Zaimponowało mu, że nie przychodzę tam bezmyślnie. Poznaliśmy się, gdy odróżniłam drzewo kasztana jadalnego.

    Zarumieniłem się, bo kobieta (około 50-tki) mówiła tylko do mnie, choć w kolejce było mnóstwo osób. Nie wiedziałem, co powiedzieć, choć miałem na końcu języka: Tak, wiem, byłem w tym ogrodzie dziś z moją przyjaciółką. Ma na imię Magda.

- Kupiłam swoje ulubione lody. Pozwoliłam sobie na nie, choć noszę spodnie na gumkę.

  Spojrzałem, ale nie wierzyłem. Wciąż wzrok Pani tkwił w moich oczach. Oczach niedowierzania, zdumienia, lekkiego przerażenia. Kobieta wyjęła z koszyka papier toaletowy, konserwę rybną, lody na patyku firmy Grand i jeszcze dwie inne rzeczy, ale nie zdążyłem się przyjrzeć, choć nie trwało to krótko.

- Przepraszam, czy mogłabym za każdy produkt zapłacić kartą osobno? Ja znam swój PIN, ale nie wiem, ile mam pieniędzy, bo nie mogę sprawdzić. 

- Jak można nie wiedzieć, ile ma się pieniędzy? - odezwał się przedstawiciel zniecierpliwionego tłumu czekający na swoją kolej.
 
- Naprawdę nie wiem, ile mam pieniędzy. Za 2 tygodnie będę widziała się z Czesią. Jadę na działkę, a tam muszę mieć gotówkę, bo nie można tam płacić kartą, prawda?. Nie mam pieniędzy na karcie, bo miałam urodziny i byłam w restauracji. Tam pewnie jest już końcówka, więc chciałabym za wszystko zapłacić osobno, a resztę ewentualnie dopłacić gotówką. 

I tak terminal wydał 5 paragonów. Za papier toaletowy, konserwę, 2 rzeczy, których nie zapamiętałem i loda na patyku. Ekspedientka zachowała pozory profesjonalizmu tylko na chwilę. Nie mogła się nie zgodzić - klient nasz Pan, ale kilka sekund później odwróciła się do podskakującego ze zdenerwowania tłumu, umieszczając palec serdeczny prawej ręki na skroni po tej samej stronie ciała.

- Dziękuję Pani za cierpliwość i Panu też (słowa skierowane do mnie), ale naprawdę nie wiedziałam, czy mam tyle pieniędzy. 

   Wtedy wykrztusiłem z siebie jedyne słowa podczas jej obecności: Nie ma za co, do widzenia.

   Ekspedientka, chcąc pokazać, że to nie jej wina, zaczęła kasować moje produkty z prędkością wiatru, śmiejąc się szyderczo od ucha do ucha, myśląc, że zobaczy na mojej twarzy zrozumienie. Gorzko się zawiodła. Moje chmurne brwi miały ochotę wbić ją w obrotowe krzesło, na którym siedziała. 

   Pani - bohater wzięła torbę z zakupami i zawróciła. Postanowiła otworzyć swojego ulubionego loda już w sklepie. Upadł na blat, ale dumnie go podniosła i zdarła opakowanie.

   Kobieta nie zmieniała wyrazu twarzy, przez cały czas był tak samo serdeczny. Nie miała pojęcia, że stoi za Nią ktoś, kto Ją rozumie. Czułem się dobrze, że stoję tuż obok, bo oddzielałem Ją od podirytowanego tłumu i kąśliwych uwag.

  Inność - nigdy nie zostanie zaakceptowana. Ludzie śpieszą się każdego dnia, nie przyglądając się drugiemu człowiekowi. Czas wyznacza rytm życia. Jesteśmy uzależnieni od wszystkiego, ale nie najważniejszego - od istnienia, którego serce bije naprawdę blisko.

  Nie zastanawiałem się ani przez chwilę, czy ta Pani cierpi na chorobę umysłową czy ekshibicjonizm emocjonalny opanowała do perfekcji, ale szczerze się uśmiechała i wiem, że moje uważne milczenie sprawiło jej wiele radości, choć tylko kiwałem głową.


W takich chwilach jestem dumny z tego, że jestem człowiekiem.


Dla siebie 6h na dobę


        Nie noszę sukienek, ale mam dużo na głowie. Skoro jutro też będzie dziś, napiszę dziś. 


środa, 25 kwietnia 2012

Historie z przypadku

  

      Nie przestałem się uczyć.
    Wciąż jakość pokonuje jedną ręką ilość, która zaczęła niebezpiecznie zadamawiać się w sercach przechodniów. Jednak nie wśród nich. Są tacy jak ja - zdarzają się im samotne wieczory, chociaż nie są sami; mają prawie wszystko, chociaż zabrakło tego najważniejszego; mniej lub bardziej odważnie starają się być sobą; mają swoje pasje, chociaż nie można by było pogodzić ich w jednej osobie. Są - ze mną, dla mnie, dla siebie, za nic.
      Łzy szczęścia spadły wieczorem pod płaczącą wierzbą.
      Minuty w powietrzu, godziny w samochodzie. 
      Spacer, który zawrócił bieg wydarzeń.


Nawet pierwsze litery ich imion mówią, że je mam.  

M. A. M.  Szczęście

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Pamięciowy minimalizm



Kocham ją za...


kolor fioletowy
słabą głowę
walkę o każdy gram szczęścia
słoniową pamięć
deserek o smaku czekoladowym firmy Jana
lęk przed niespodziankami
chorobę lokomocyjną
słuchanie muzyki na głośnikach a nie słuchawkach
roślinne abstrakcje na parapecie
McDonald’s
tulipany
kanapki na uczelnię
skromność
bycie henrykową Nikolą
uzależnienie od Chirurgów i Prywatnej praktyki
przysyłanie linków, których nie chce mi się otwierać
sesje – letnie i zimowe
jogging
kubek, z którego jeszcze nie piję, choć minęło już 17 miesięcy
korektę moich wypocin
mojość
wciąż ten sam adres
to, że jest, choć nie zawsze jest
teatr i kabanosy
opowieści o swojej rodzinie
marnowanie ze mną czasu
naukę życia
zrozumienie bez słów
krople w oczach
rozmazany makijaż
częstego fryzjera
tarzanie się w liściach nad Brdą
Most Szczęścia
filologię polską
paniczny strach przed cyganami
brak parasola w deszczu
długie SMS-y
3. maja
Służące
chęć bycia lepszym człowiekiem
jesteś dobrym człowiekiem
miłość do słońca i okulary na pół twarzy
pokrewieństwo dusz
podobieństwo życiowych dróg
dowcipy
uśmiech
moje okulary
kamienie nerkowe
marcepanowego cukierka z wesela
to, że zmieniła moje życie
Przyjaźń

*od Niej: za naukę tańca na trzy

sobota, 21 kwietnia 2012

Lubię, kiedy...





     O 4 lało jak z cebra, godzinę później na niebie trwał wyścig błyskawic, które dopingował pewnie sam Zeus. A teraz? Jest przyjemnie. Wyszedłem bez płaszcza czy kurtki. Pierwszy raz w sezonie. Lubię robić zakupy sam:

1) najpierw wchodzę do cukierni po ciasto czekoladowe. Zjadam je najczęściej widelcem - nawyk wyniesiony z domu. Mama miała różne pomysły, a ja jestem przychylny najbardziej wysublimowanym  abstrakcjom. Mógłbym je zjeść nawet scyzorykiem. 

2) potem kupuję chleb. Pani tnie go w jednakowe kawałki na maszynie, która zabija serdeczne dzień dobry uradowanego klienta.

3) czas na różne rodzaje wędlin. Kobieta, niespełna trzydziestoletnia, nauczyła się mówić w kółko słowa i co jeszcze? i co jeszcze? i na tym polega sukces jej komunikacji. 

4) na samym końcu kroczę po brukselkę - warzywo jak groszek, tylko zmutowane i z liśćmi, pęczek rzodkiewki oraz młode ziemniaki i koperek. Spóźniłem się o 7 minut, więc nie będzie warzywnej uczty. 

   To mój rytuał. Wracam z równie wysoko podniesioną głową. Zbliżam się do tych samych drzwi, wyciągam klucze, które przypominają mi nieustannie o dwóch kobietach, otwieram je, sprawdzam skrzynkę na listy, czekam, aż winda zjedzie na dół. I znów bujam w obłokach, całe 8 pięter nad ziemią. 

Lubię ten moment, kiedy odbieram życie całym sobą, bo zwalniam po kolejnym niełatwym, choć bogatym w doświadczenia tygodniu. Spacer zajmuje mi niecałe 10 minut, ale czasami najtrudniej jest pokonać najkrótszy dystans. 



piątek, 20 kwietnia 2012

Beznadziejny, czyli bez nadziei



    Wszystko jest na swoim miejscu. Koszula zaplątana w spodnie, książka, której nie mogę dokończyć, na parapecie, wycinanki w nieładzie na łóżku. Nie jedna garść kartek na zakurzonym stoliku, zaproszenie ukradzione z radia, biało-czerwona folia po wagonie chusteczek. Okruchy tostów z szynką na talerzu, na dnie kubka resztki gorącej czekolady, której nie zdołałem wymieszać. W zakładkach niespotykana dotąd obcość, okno jakby bardziej zamknięte niż zwykle. Drzwi otwarte, ale brakuje klucza. Nie ma dokąd uciec, bo to Ty jesteś powodem wycofania się. Obowiązki na piśmie, a w głosie cisza. Pięść gniecie czystą kartkę, bo i tak nie zostanie zapisana.


- Wierzy pani w cuda?
- Dziś nie

czwartek, 19 kwietnia 2012

Sens w kolorze blond

    


   Krople zatrzymane na płaszczu, mokre okulary, deszcz we włosach. Wróciłem niechroniony przed żywiołem. Nie miało to jednak znaczenia, bo 38 minut wcześniej zakończyła się historia, której długo nie zapomnę, więcej - chciałbym, żeby powtórzyła się w tym samym gronie. Poznałem pięciolatka, przed którym ugięły mi się kolana, a serce zabiło w rytmie niewyobrażalnego zadowolenia. Na godzinę skryłem się Pod Tęczowym Parasolem i było mi tam naprawdę dobrze.
    
    W dzieciach tkwi siła dorosłych. Nie wiem, co takiego w sobie mam, że zasługuję na uwagę małego człowieka. Chodzi chyba o to, by po prostu być

    Kolejna nieprzespana noc i podkrążone oczy, które z obojętnością patrzyły na pochmurne niebo, dały o sobie znać. Musiałem wstać, bo ktoś na mnie liczył i czekał. Projekt, misja, zadanie, cel - mógłbym wymieniać w nieskończoność, czym jest dla mnie kolejny wolontariat. Pośpiesznie wyruszyłem, by z dokładnością szwajcarskiego zegarka ujrzeć na czas twarze kilkanaściorga dzieci. Jak zawsze pozostaje niepewność, czy sprostam oczekiwaniom i najmłodszych, i idei, którą staram się upowszechnić...

   Kot w butach okazał się bajką na miarę możliwości, nie tylko percepcyjnych. Poczułem się jak najukochańszy dziadek, który swoim głosem stara się przekonać dzieci, że czytanie nie musi być nudne, monotonne i bez niespodzianek. 

   Kim jest przyjaciel? 
- To kot w butach (Tu się uśmiechnąłem, bo jeden z pięcioletnich chłopców, nieśmiały blondyn, jednak wsłuchał się w bajkę. Słowo przyjaciel pojawia się w niej tylko raz i to w samym środku.)
- To dobry kolega (Dzieci zawierają pierwsze przyjaźnie, choć w tej fazie ich życia opierają się tylko na znajomości i zabawie w przedszkolu.)

   Ostatni etap baśniowej podróży w pociągu wypełnionym dziećmi - wyklejanie dwóch postaci. Janek o żółtych włosach, stojąc na zielonej trawie pełnej kwiatów oraz pod niebem w kolorze złocistego słońca i różowo-granatowych chmur, założył dziś różowo-fioletowy pulower, niebieskie spodnie i pomarańczowe trampki. A co z kotem? Zwierzę było abstrakcją, mieszanką różu, fioletu i brązu. Dzieci zakleiły mu nawet oczy, żeby nie mógł spojrzeć w lustro. Kot, niczym dyskobol, trwał, choć na papierze, a jednak wydawało się, że ucieka przed burzowymi chmurami. 

    Praca pochłonęła pięciolatków, ale i nas - dwudziestoletnią damę czarnego humoru i o 2 lata starszego, zamkniętego w sobie wariata, który zaczął obchodzić dzień dziecka, nie czekając do pierwszego czerwca. Współpraca z dziećmi jest zawsze fascynująca. Przedszkole można porównać do życia, które, jak mawiał Forrest Gump, jest jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiesz, co ci się trafi, w tym wypadku jednak nie co, a kto

   Maluchy pokazały mi swój świat. Każdy ma ulubiony kolor, więc rozszarpaliśmy wycinanki błyskawicznie. Wszyscy mieli pomysł na barwę włosów chłopca, nieba, a nawet kocich butów. Zachwycaliśmy się klejem, który uciekał z tubki, kręcąc się jak wąż. Przypomniały mi się czasy, kiedy wszyscy walczyli o miejsce przy stoliku, by być jak najbliżej centrum wydarzeń. Nie musieliśmy nawet namawiać dzieci, by się podzieliły na dwie grupy: Ja chcę do Pani! A ja do Pana!

   W mojej drużynie znalazł się wspomniany wcześniej nieśmiały chłopiec. Pięcioletni blondyn jest dla mnie sensem tego spotkania. Proszę Pana, jak mam to urwać? Proszę Pana, może być taki duży? Proszę Pana, mogę klej? Proszę Pana, mogę mieć własny klej? Proszę Pana, on mówi, że ten kawałek jest za duży. Proszę Pana, gdzie mam to przykleić? Mikołaj, bo tak mi się przedstawił, wymyślił kolor pomarańczowy na buty dla Janka. Ostatnim pytaniem, jakie zadał, było Proszę Pana, mogę umyć ręce?, chociaż to nie ostatnia reakcja z jego strony...

   Kiedy pomagałem jednej z dziewczynek umieścić na naszym wspólnym dziele różowo-granatowe chmury, poczułem narośl na nodze. Do mojej prawej kończyny przyległ na moment nieśmiały blondyn, który właśnie wrócił z łazienki. Przytulił mnie, po czym pobiegł na dywan bawić się z dziećmi. Nikt tego nie zauważył, choć ja wyłączyłem się z zabawy. Stałem jak wryty, patrząc dokąd biegnie. W jednej chwili porzuciłem myśl, czy chmury powinny być niżej czy wyżej, czy po lewej czy prawej stronie brystolu. Mikołaj zatrzymał tempo, w jakim staraliśmy się wykonać zadanie, a jednocześnie przyspieszył bicie mojego serca. 

 Idąc w deszczu i przeplatając myśli uśmiechem, zastanawiałem się nad odpowiedzią na jedno pytanie - nie która godzina?, nie gdzie jest parasol?, ale...dlaczego?