sobota, 12 kwietnia 2014

Krzyżówka bez hasła

Na bezsenne noce i łzawe poranki trzeba reagować natychmiast. Brak butów to również priorytetowa sprawa czasu. Przed deszczem nie zawsze warto uciekać, bo może być oczyszczający równie bardzo jak jedno przepraszam. Z kolei pękające serce musi odleżeć swoje, ale nie za długo, bo może nie wrócić do pierwotnej postaci. Nie jest grzechem obawa przed tym, co będzie z nami jutro. Tragedią ze skutkiem śmiertelnym jest powiedzieć, że wszystko jakoś samo się ułoży. Przez ostatnich kilka dni sen nie mógł przyjść z powodu niewiedzy i lęku. Teraz układam plan akcji ratunkowej mojego świata, skoro szczęście ma tylko chwilę. Niestety, boję się każdego wyboru i większości decyzji. Póki co, pachnie pomarańczą, a to już jakaś odmiana. Wpatrując się w czarne niebo, myślę o tym, że chciałbym kiedyś, trzymając Cię za rękę, pielęgnując wszystkie znajomości regularnie oraz dbając o ciało, duszę, umysł i głos, móc powiedzieć (mimo nieznajomości języka francuskiego), że niczego nie żałuję.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Boso

Codziennością jest dla mnie to, że chcę być niewidzialny i niesłyszalny. Chcę być kimś pomiędzy pomocnikiem Świętego Mikołaja a łuską Złotej Rybki. Dziś nie dało się mnie nie usłyszeć, ponieważ, w obliczu niespodziewanej gradacji żywiołu, moje buty zwracały uwagę przechodniów idących w przeciwną stronę niż ja, wydając dziwne dźwięki w wyniku zalania wodą. Ręce też w końcu się poddały, ponieważ parasol nie uodpornił się jeszcze na niepojęte dla niego siły. Walka z nieznanym jest naiwna. Próg mieszkania, w którym chowam się przed każdą zmianą (również atmosferyczną), przywitał mnie obraźliwie szorstką wycieraczką, co nie powinno budzić we mnie zdumienia. Z kolei ręce bezsilnie ugięły się pod ciężarem wody płynącej wartkim strumieniem z podeszew. I choć jest już względnie sucho, wyglądam jak dalmatyńczyk, ale bardziej smutny, bo plam na ubraniu od stóp do głów nie namalowała radość wdzierająca się bezczelnie do wszystkich kałuż na dobrze znanej mi trasie. W dalszym ciągu nie potrafię znaleźć słów, które opiszą to, co czuję. Nawet głupie czerwone trampki dały mi do zrozumienia, że, podróżując samemu, tak łatwo lekceważę sygnały, tylko dlatego, że ich nie widzę, bo są poza zasięgiem wzroku, ale tylko na pierwszy rzut oka. Milczysz, a ja nie chcę już pytać, bo noc i tak jest zbyt krótka, a Księżyc nie zrozumie. Nie tym razem. Toniemy w żalu, samotności i łzach, ale z naszej dwójki to ja nie umiem pływać.


Nie ratuj mnie, bo nie o to proszę...


niedziela, 6 kwietnia 2014

Moja nadzieja

Można nie rozmawiać ze sobą kilkanaście lat i żałować, że umarłeś, chociaż stajesz się złotym jabłkiem niezgody. Można powiedzieć Ci całą prawdę z okresu, kiedy w ogóle nie mówiłem i przyjąć do wiadomości, że nic Cię to nie obchodzi i że jesteś bezradna. Można zapomnieć o obietnicy, którą złożyłeś szmat czasu temu, ale ja pamiętam. Można z Ciebie zrezygnować, słysząc słowo, które jest tym ostatnim: dziwny. Mogę powiedzieć Ci dzień dobry, ale zapomnieć o jak cudownie zobaczyć Cię kolejny raz obok mnie. Łatwo być głuchoniewidomym, ale niewyobrażalnie trudno jest zachować w Twoich oczach mój obraz sprzed chwili, w której nasze źrenice zajrzały w głąb siebie po raz pierwszy. Balansuję na krawędzi dziś, jutro i wczoraj. Nie wykorzystuję w pełni tej jednej chwili, jaką jest życie. Antidotum dla moich porażek jest to, że jutro dostanę kolejną szansę...i nagle jutro przynosi mi jednowyrazowy temat na projekt, który pochłonie mnóstwo mojego czasu, bo wciąż jestem niezłomnym perfekcjonistą - nadzieja...



sobota, 22 marca 2014

Praktykant w opałach

Jak grom z jasnego nieba na siedemdziesiąt głów spadło nagle siedemdziesiąt pięć godzin dydaktycznych. Wykonanie zadania na czas określony. Kolejne miejsce na trzy doby, które trzeba wpleść między pozostałe siedem, nie zmieniając struktury tygodnia i organizacji życia. Na mojej czuprynie także rozprzestrzeniła się pierzyna z popiołu po cichych chceniach. Problem jest jednak bardziej skomplikowany, bo w grę wchodzą dzieci, a, kto bardziej spostrzegawczy, wie, że ten blog zaczął się od...dziecka. Wciąż mam nieodparte wrażenie, że bycie mną staje się magnesem dla ludzkich dusz. W dwa dni zdobyłem szacunek Adama, Wojtka i Sławka. Szkołę, do której dojeżdżam, podsunięto mi pod mój ogromny krzywy nos. Okolica aż prosi się o chwilę uwagi i refleksji - bez luksusów, w nocy mógłbym się bać, a nad niewidzialnym wejściem do tego świata na pewno byłoby napisane: mamy ważniejsze sprawy na głowie niż edukacja naszych dzieci. 

Adam - to imię usłyszałem w poniedziałek jako pierwsze. Właśnie ono miało zapisać się w mojej głowie jako jedyne i najważniejsze, początkowo stało się moją ambicją. Niewątpliwie kilka dobrych słów sprawiło, że mam szansę odbywać praktykę na gruncie i pedagogiki, i logopedii, ale biurokracja nie może się o tym dowiedzieć, więc ćśśśśśśśśś. Uderzenie dłoni na przywitanie i z okazji wielkiego małego sukcesu to satysfakcjonujące gesty, które dodają mi skrzydeł. Pochwała goni pochwałę, bo ta mała, wyjątkowa istota musi wiedzieć, że, po prostu, warto być dobrym. Nic tak bardzo mnie nie ucieszyło, jak nasza współpraca w Paintcie. Wieżowiec, parking, bazuka, dom - to tylko niektóre wytwory naszej wyobraźni, które wzbudziły szczery zachwyt innych dzieci i moją, całkiem prawdziwą, łzę w oku.

Wojtek zrobił coś, co już było, ale wciąż o tym pamiętam, bo żadne inne dziecko tego nie okazało. Chwila siedzenia przy ośmioletnim chłopcu, który terroryzuje uczniów na boisku w czasie przerwy i również poza szkołą, przyniosła niespodziewane efekty. Pamiętam to jak dziś - moja prawa noga znów została opleciona rękoma dziecka, tak samo z ramieniem, które stało się oparciem w chwili wytchnienia od lekcji. A zaczęło się od uwagi przy zadaniu z matematyki i przypisaniu mu ogromnych zasług do pierwszego miejsca drużyny, grając w dwa ognie, a przecież to był dopiero drugi raz. Kluczowe dla tej znajomość są jednak słowa zwycięstwa: widzi Pan? Jak chcę, to potrafię.

Moja wyliczanka skończy się na Sławku, ponieważ nikt bardziej i nikt więcej. Głuchy telefon doprowadził mnie do słowa: wujek. O ile mi wiadomo, mój Brzdąc jeszcze nie mówi (bo to przecież nie ten czas), ale to nie informacja z domu. Sławek zapytał panią K., gdzie jest wujek. Chodziło o mnie, mimo że nasze spotkanie trwało najkrócej ze wszystkich, bo to pani K. zajmuje się tym chłopcem. Przecież nie zrobiłem nic wielkiego - powiedziałem tylko, że musi być grzeczny dla pani K. i pomogłem mu znaleźć w kalendarzu datę jego urodzin.

I nagle zastanawiam się, dlaczego rozwój każdego z tych dzieci staje się ważniejszy dla praktykanta, który przyszedł na chwilę, bo za miesiąc podam rękę tym trzem panom po raz ostatni, niż dla rodziców, którzy mają możliwość dbania o nie i czuwania nad nimi każdego dnia. Rodzice zostaną, a ja udam się w podróż do kolejnej placówki na skrzydłach samolotu z papieru, którego nauczyłem się robić w tej szkole, właśnie dla nich. Nigdy nie uwierzę, że to poziom wykształcenia. Miłości nie da się nauczyć.



środa, 19 marca 2014

Przed siebie

Absurdalnym byłoby stwierdzenie, że przestałem tworzyć siebie. Nietrudno zgadnąć, w czym tkwi przyczyna. Kilka nocy wstecz, po całym dniu pracy, oczy zamknęły mi się bliżej niż dalej wschodu słońca. I wtedy się zaczęło...że w pracy czuję się coraz lepiej i zaczęła mi ona składać w podzięce za włożony w nią trud ułamki poczucia bezpieczeństwa, że zaczynam mówić, nie czekając, aż ktoś podejdzie, że za ścianą żyją najwięksi złodzieje mojego spokoju i kopacze największych w świecie emocjonalnych dołków, nie mających nic wspólnego ze współpracą i szczerością, nawet kulturą osobistą. Już nie wystarczy mi odpowiedź: dobrym człowiekiem na pytanie trącące filozoficznym banałem: kim chcesz być? Zaczynam chcieć coraz więcej, ale to, co już mam, nie pozwala mi sięgnąć po więcej, bo wskazówki kręcą się w kółko, a nie przed siebie. Chcę się angażować i zbierać doświadczenie. Bliżej mi do biedaka niż bogacza, bo coraz częściej stać mnie na coraz mniej niż więcej wobec Ciebie. Zjada mnie szczery wstyd. Nie przestaję myśleć o tym, żeby znaleźć swój prawdziwy kąt, pod którego nazwą mieści się absolutna swoboda, naturalne zaufanie i głęboko zakorzenione w nas poczucie bezpieczeństwa. Nie zapomniałem również o tym, że jestem mężczyzną. Czuję się dobrze w swojej skórze, ale boję się przyszłości, mając w głowie tyle planów. Przecież życie tak szybko mija, niemalże na naszych oczach. A ja wciąż próbuję zebrać przeszłość i wrzucić ją w moją pamięć, która rejestruje na okrągło jeden dzień tygodnia - sobotę. Wciąż jest weekend, a ja przecież nawet nie odpoczywam. Pośród większych i mniejszych sukcesów, samotnych powrotów do mieszkania nocą i wyruszania z niego tramwajem przepełnionym ludzkim oddechem i śladami poduszki we włosach, szukam sprzedawcy czasu, ale nie mam chwili, aby go znaleźć.



piątek, 14 lutego 2014

Jak w bajce

Nikt nie zliczy tego, ile dzień dobry usłyszeliśmy już od siebie, ile śniadań udało nam się razem zrobić i iloma tabliczkami czekolady nakarmiliśmy naszą miłość. Dajesz mi poczucie pewności, wyjątkowości i bezpieczeństwa. Wiem, że dziś kochasz mnie tak samo jak wczoraj. Jutro nie będzie inne.


środa, 5 lutego 2014

dogoniłem szczęście

Samozwańczy meteorolodzy, znajdujący się wokół mnie, twierdzą, że prawdziwa zima jeszcze powróci, ale...jeden promyk spowodował lawinę zmian. Środa, piąty dzień lutego, 14:35, Mateusz, rano i wieczorem, po zajęciach, po egzaminach i po pracy ćwiczy; przypomina sobie, jak to jest jeść na śniadanie jogurt naturalny, zatapiając w nim ulubione kawałki czekolady i banana; idzie na zakupy w rękawiczkach, fioletowych trampkach z lumpeksu i bluzie z kapturem, której zamek wesoło dynda na wysokości brzucha; nie zapomina założyć spodni, które są nieznośnie zielone; ucieka w słuchawki, bo kiedy nie ma nikogo obok, muzyka staje się najlepszym kompanem do stawiania kolejnych kroków naprzód; otwiera okno najszerzej jak się da, irytując współlokatorów, którzy chorobliwie o każdej porze roku chodzą w kalesonach i śpią z termoforem; pije hektolitry wody; jest na odwyku z coli, bo sesja prawie się kończy; spędza leniwie środek tygodnia, bo może i wie, że na pewno zdąży odczytać każdą stronę; nie może się doczekać wspólnego posiłku i spotkania po zbyt długiej przerwie; znów ma w głowie tysiąc pomysłów na minutę i chce je realizować; powrócił do chwil, w których zamyka oczy i niczego się nie boi; nie może się doczekać powrotu do domu, by zrównoważyć podział sił i zobaczyć swojego tygodniowego bratanka (jestem wujem!); karmi się pięknymi chwilami; niczego nie żałuje; zegar wybija 14:48.