piątek, 25 stycznia 2013

Mój Projekt Szczęście




Miałem napisać jedno zdanie, choć nie wiem, czy zrozumiecie, czy ja zrozumiem to, co chciałem sobie powiedzieć, czy będę pamiętał skalę uczuć, czy będę pamiętał ten skok i pamiętną zmianę. 

Mam wyjebane na wszystko. – od tych słów (będących częścią dialogu, bo jeszcze nie mówię do siebie) zacząłem dzień (a to było dawno temu i o jakiejś 16, bo wcześniej dnia nie zaczynam, wcześniej to ja mogę co najwyżej zamknąć się w sobie lub pomilczeć w chaosie muzyki). Niezbyt oryginalnie. Powiedziałbym nawet, że nie popisałem się, bo to zdanie na miarę podium poniżej przeciętnej, a ja przecież doskonale wiem, że nie boję się żyć, być tak, ale nie żyć. 

(W sumie nie wiem, co robiłem o 7 rano w przestrzeni wirtualnej - pewnie chodzi o to, że nie zamierzałem spać, bo już by mi się to nie udało, a na fakultety ktoś się musiał zarejestrować, ba, nawet umiałem to zrobić, co w Internetowym wszechświecie wydaje mi się ponadprzeciętną umiejętnością w mojej skali osobistej, tym bardziej, że nie czytam zasad krok po kroku. Wykłady, które zapisałem na różowej kartce, bo zielone się skończyły, a zestaw samoprzylepny obfituje w same perełki - zostały wyprzedane w 9 i 13 minut. Całe szczęście, że jednak dotarłem do instrukcji. Nie rozdzwoniły się telefony, pokonałem siebie i uznałem wyższość instrukcji obsługi, chociaż nie zwykłem tego robić. Pewnie dlatego nazywam siebie technicznym ignorantem. 
I nikt nie rozumie, dlaczego piszę o tej, a nie o tej godzinie, bo nie przestawiłem blogerowego zegara, bo też nie czytam, bo też nie szukam. Mimo wszystko cenię sobie prywatność, czego bym nie napisał. Czas nie wyznacza rytmu mojego życia, więc co to za różnica o której wrzucę kolejny pęk słów?)

Więc nie boję się żyć, ale była przerwa, musiała być, bo było ciężko i mi się nie chciało, a raczej nie stać mnie na gest jest mi źle i nie omieszkam Was o tym poinformować. Emocjonalnie nie dałem rady. Przykuwałem się do łóżka, skakałem po parapecie, wychodziłem, ale to już nie miało znaczenia, bo na pamięć znam kostkę brukową z mieszkania na uczelnię i kilka innych miejsc. Śnieg przestał wtedy padać, nadzieja umierała, powoli. Cóż można było robić? Przygotowania do wegetacji trwały. Sala udekorowana 31 grudnia  wciąż oślepiała sztucznym uśmiechem na białej kartce razy pięć we wszystkich kątach pokoju (bo żyję w pięciokącie, mam więcej możliwości dróg niż w kwadracie czy prostokącie, choć każdy kwadrat jest prostokątem, dziecinnie proste), a balony wciąż puszyły się swoimi kolorami i jest ich trzy razy więcej niż osób, które zdążyłem ugościć od października, więc otoczka jest na wypadek pogorszenia się nastroju. Mimo przeczytania Projektu Szczęście zapominam się, czasem tak bywa.

Dorzucę do tego fakt, że właśnie zaczął się czarno-biały seans imieniem Sesja i z niecierpliwością wyczekuję pierwszego egzaminu, choć jakie ma to dla mnie znaczenie? Ciekawe, powiem więcej – nigdy nie czytałem bardziej wciągającego materiału na egzamin, ale to wciąż nie to. 


Po drodze zdarzyła się walka, potężny bój, z własnym stresem, artykulacją, rrrrrrrr i zębami, które przecież wyleczyłem. Udało się, jestem na kierunku docelowym w połowie semestru, tak, jestem!, ale to nie to. 

Co prawda nie stanąłem na konkursowym podium, ale w debiucie wokalnym wygrałem z teamem piątą lokatę na ogólnopolskim konkursie (tak, ze śpiewaniem to nie są jaja), ale to też nie to. 

Nawet nieźle sobie radzę, jak na żółtodzioba pedagogicznego, bo jeden z wykładowców skwitował moje ledwo nabyte umiejętności robienia projektów zaliczone na wyróżnienie bardzo dobre: Jak pan to zrobił? A ja na to – Cóż, nie wiem. Dobry nauczyciel to raz, ale jest jeszcze coś. Chyba już jestem bliski celu. 

Mam niezliczone pokłady noworocznych postanowień, choć przestałem do nich zaglądać od jakiegoś czasu, bo myślę, że jak je zobaczę, będę musiał połowę wykreślić, bo przecież ciągle coś robię i co nieco planuję, ale nie, odrzucam, jak poprzednie. 

No i mówią o mnie na uczelni. Wykładowca przyznał się do plotkowania o mnie ze studentkami, tak, wykładowca-kobieta. Podobno ukończyłem filologię polską i robię różne ciekawe rzeczy i w ogóle. Nie potrafiłem się z tym nie zgodzić, ale pozostaje dziennikarski instynkt wszechwiedzy, niestety, ja nie rozumiem kobiet, dlatego nie naciskałem, mogę żyć z nieświadomością tego, co mówią. Zresztą, jak przystało na celebrytę – nieważne, co mówią, ważne, żeby w ogóle mówili, choć nie znoszę być w centrum uwagi i wczoraj pękł termometr mojej irytacji, ale to też nie to. 

I tym czymś nie jest też piąta książka w tym miesiącu kupiona za bezcen tam, gdzie Polacy, obok facebooka i YouTube’a, wchodzą najczęściej. 

I nie pokonał mnie niezdany egzamin, o którym wspomniałem wcześniej (ja już to wiem, ale nikt mi nie uwierzy, bo przecież jestem kujonem; a jak się pomyliłem – będzie mi wstyd, margines błędu jest jednak minimalny), mimo że doktor przeszedł samego siebie. To sprytne, by wybrać te słowa, których ja nie zaznaczyłem w ogóle, choć mam pokreślone wszystkie kartki. Brawo, drogi Panie!


Nie pamiętam tak zimnej zimy, nie pamiętam takich fal gorąca, rozdzierających mnie od wewnątrz, w samym środku zaśnieżonego parku tuż przed północą. Paradoks moich uczuć polega na tym, że nie widać, kiedy przytłacza mnie smutek ani kiedy lecę w Kosmos ze szczęścia. Nigdy nie byłem sam, choć zawsze chciałem być z Kimś. Potrzebowałem jednak dwóch czynników: chęci zmiany siebie, skoro znowu nie wychodzi, w moim przypadku potrzeba drastycznych zmian; co ważniejsze, jak napisała wczoraj moja nauczycielka od robienia projektów: Szczęście to najpierw odwaga, a mi jej nie zabrakło i spacer odcisnął się śladem. 

Dziś wszystko wydaje się niewyraźne, bez składu, nawet to sprawozdanie z życia jest bez sensu, bo naciągane, chociaż prawdziwe, ale głupio mi było napisać po prostu, że jestem szczęśliwy.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Obietnica na mały palec





Dziś impuls tkwi w zwykłym życiu, którego tory wyznacza pociąg pędzącego szczęścia i przelana czara...Gorczycy.


2 łańcuchy i plastik. Huśtawka. To niezwykła przygoda, a jednocześnie nauka. Jaka? Każdy mały krok do przodu musi się zakończyć identycznym do tyłu, chyba że wcześniej zrezygnujemy z nienarodzonego szczęścia. Im większy sus w kierunku sukcesu, tym większa gorycz porażki, bo trzeba zrównoważyć ładunek emocji, który unosi. Zawsze potrzeba trzech rzeczy, by utrzymać taki stan: chęci, która rozpocznie przygodę; siły, która rozbuja; powietrza, które umożliwi ruch. 

W życiu jest tak samo jak na huśtawce - zawsze znajdzie się czas na to, co naprawdę chcemy; zawsze się znajdzie suma małych sukcesów, która zaowocuje iloczynem w przyszłości; zawsze znajdzie się Ktoś, dzięki Komu staniemy obok samych siebie z przeszłości i zostawimy ich z tyłu, bo to już nie my. Pójdziemy, ruszymy, wystartujemy, na nowo, od nowa, ad hoc, za Kimś, z Kimś, dla Kogoś. Człowiek to specyficzny rodzaj powietrza. Kiedy go nie ma, wyraźnie czujemy ulatniające się z życia godziny, gdy jest - nie liczymy ani sekundy. 

Każda huśtawka kiedyś się jednak zatrzyma. Przerwa na obiad, brzydka pogoda, zaległe lekcje, przygnębiające wznoszenie się z samym sobą (tylko kapuściana głowa stawia na placu zabaw jedną huśtawkę!) są w stanie podciąć skrzydła. 

Tylko...co wtedy? 

Lepiej, żeby zabrakło chęci i siły niż powietrza, bo nie będą bawiły kolorowe balony (które nabierają znaczenia w kontakcie z nie moimi dłońmi), kubek z Pandą (która dostała pierwszy w swoim życiu prezent!, choć stuknęły jej już trzy lata), kuferek dobrobytu (który kusi podniebienie bardziej niż ostre, słone i kwaśne razem wzięte, zwłaszcza wtedy, gdy można go przed kimś otworzyć). Nawet śnieg rzucający się w ramiona mojego okna po raz pierwszy w tym roku stanie przed nie lada wyzwaniem - podejmie próbę wtargnięcia do autystycznego świata chłopca, który zwykł czytać poważną literaturę na parapecie, podsumowując każde zdanie podrzędnie złożone łykiem zielonej herbaty. 


- Obiecaj, że nigdy nie dorośniesz.

- To moja jedyna zaleta

(Huśtawka

środa, 2 stycznia 2013

Zacząć od środka to w ogóle zacząć


Pomruk dziękuję, bezkształtne do widzenia, wzrok zatrzymany w czasie, milczenie, oddychanie przez nos, imitacja człowieka.

Dziś nie wypiję, jak co dzień, herbaty. Nie zastanowię się, czy skutkiem wyboru będzie jeżyna, malina i kardamon czy zielona ze skórką grejpfruta. Dziś nie mam po co otwierać sześciokąta ze słodyczami. Dziś nie mogę zjeść wysuszonego na wiór kurczaka i półtwardych warzyw. Nadszedł czas wrócić do bycia dzieckiem naprawdę. Dziś trzeba się podporządkować dla swojego dobra. Nie można mówić przez godzinę, choć najlepiej wcale. Nie można jeść przez kolejne dwie. Nie płukać zębów niczym. Picie po 15, tylko chłodne, a jutro (ewentualnie) letnie. Dziś nie można się spotkać, nie można iść do ksero, biblioteki. Nie można? Jasne, że można. Już nawet napisałem karteczkę z prośbą: Dzień dobry! Proszę wydrukować wszystko jednostronnie po jednym razie. Byłem u dentysty. Mam opuchnięte podniebienie. Nie mogę mówić. Dziękuję! :) (Wywołałem uśmiech na kolejnej twarzy! Ba, pani życzyła mi szybkiego powrotu do zdrowia!)

To nawet nie jest najgorsze, bo, jak powiada najmądrzejszy lis w literaturze: Popatrzę na ciebie kątem oka, a ty nic nie powiesz. Język to źródło nieporozumień.

Jestem małym odkrywcą. To jedyna pewna rzecz dzisiaj, ale i zawsze. Chyba nawet w jakimś ułamku poczułem, jak się czują kobiety, dokonując dramatycznego wyboru.

Grzebanie w mojej jamie ustnej i kręcenie głową sygnalizujące: muszę pana zmartwić sprawiły, że świat się zatrzymał, choć minuty i tak mijały wolniej niż zazwyczaj. Dziś zapłaciłem za umiejętności kobiety w średnim wieku z poczuciem humoru, z którymi powinna trafić do rynsztoku, a nie gabinetu dentystycznego. Nie brak tu jednak mojej winy. Perspektywa bólu pozwoliła mi na beznamiętną ucieczkę trwającą wiele miesięcy. Dziś poczułem, jak złudna była to wolność. Uciekłem, choć zegar tykał, a chip bólu namierzał mnie każdego dnia. 

Niczym nieograniczony, z wiotkim ciałem, stukającymi o siebie butami i rękoma, które nie wiedziały, co ze sobą zrobić, otworzyłem swój intymny świat trzydziestu dwóch elementów. Byłem tak odurzony swoją decyzją (X: Wyrywamy dziś?; Ja: Pewnie), że wzrokiem wzbijałem się raz nad głowę pani dr, krążąc po białym suficie, który nie miał żadnej skazy, a raz – by doprawić swoją narkotyczną obojętność – prosto w bijące mnie światło.

Może to się wyda absurdalne, ale po trosze wiem, czym jest aborcja. Decyzja już zapadła, nie ma odwrotu. Jedna para dłoni trzymała moje skronie, żebym nie zmienił zdania, żebym nie stał się ofiarą cierpienia, żebym nie zniweczył planów, które wysnuło moje jedno, pewne, zdecydowane słowo. Chwilę potem druga para rąk trzymała narzędzie kształtem przypominające metalowego dziadka do orzechów, aż w końcu znalazło się we mnie. Dłonie zaczęły skakać po moim czole, co oznaczało, że zaczęły się nerwy. W mgnieniu oka coś we mnie pękło. Białe rękawiczki wyrzucały z moich ust kolejne odłamki szkliwa. Potem przyszedł czas na resztę struktury zęba. Razem: trzy. Wyciągnięto ze mnie trzy nogi zęba, który zniknął przed sekundą. Pokazano mi je, wytłumaczono, dlaczego tak się stało, zgaszono oślepiającą mnie wiązkę światła i kazano zejść z fotela, nic nie mówiąc.

Po raz pierwszy straciłem coś, co było ze mną od zawsze. Ząb był taki jak każdy, chociaż, mimo pięknej obudowy, był zepsuty w środku, rozkładał się z rozpaczy będącej skutkiem mojej nieuwagi, obojętności, strachu przed bólem. Najgorsze jest to, że nie bolało. Leczenie byłoby długie i bolesne, ale przyniosłoby efekt, pełnia znów by się napełniła. Dziś straciłem coś nieodwracalnie i każde spojrzenie w lustro, każda wędrówka języka, każde danie będzie mi przypominało o tym, że się poddałem. Choć to tylko szóstka, stała dumnie w szeregu, choć się nie wychylała i nie była w centrum uwagi. Była nieidealna (tak jak ja teraz bez niej), ale drugiej takiej już nie będę miał. Żałuję.

Choć to tylko ząb, będę pamiętał. To nie wigilia, to nie puste miejsce przy stole, które w każdej chwili można wypełnić. Ten stan przypomina mi raczej topos dziury w ulubionej skarpecie – jeżeli zrobi się dziura, a skarpeta nie zostanie wyrzucona, dziura będzie coraz większa, a łatanie będzie zapobieżeniem tylko na chwilę, do następnej kraksy. Potrzeba nie lada odwagi, by odebrać sobie coś wyjątkowego, coś niezastąpionego.

Choć wciąż słyszę trzask łamanych kości małej istoty, którą przytulił do serca dziadek do orzechów i zmiażdżył swoją czułością, powinienem być z siebie zadowolony, bo mimo stanu 31/32, nareszcie wybrałem walkę gladiatorów (zdrowie kontra charakter). Uznałem swoje zdrowie za wartość bezcenną. Późno, ale nigdy nie jest za późno, by coś zmienić. Do tego przeżyłem, choć muszę obejść się dziś smakiem mojego zwykłego dnia, i zrealizowałem pierwsze postanowienie z niedomykającej się listy ponad pięćdziesięciu fraz:

24. Wylecz zęby do końca

Pięć pór samotności




Samotnym jest się tylko wtedy, gdy ma się na to czas.

(J. L. Wiśniewski, Samotność w sieci)




Już zawsze będziesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.

(A. de Saint-Exupery, Mały Książę)





Jedną z największych radości, jaką daje zakochanie się ze wzajemnością, jest poczucie, że zostało się wybranym przez najbardziej niezwykłą osobę na świecie.

(G. Rubin, Projekt Szczęście)




Jeszcze nie całkiem gotów
zamienić się dla nich w los, 
zbliżał ich i oddalał, 
zabiegał im drogę
i tłumiąc chichot
odskakiwał w bok.

(W. Szymborska, Miłość od pierwszego wejrzenia)




Czas to nie to, co mija, ale to, co nadchodzi.

(E.-E. Schmitt, Kiki van Beethoven)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Jutro też będzie dziś


Teraźniejszość jest efektem przeszłości. To, co jest teraz, tworzy podstawy przyszłości. Najważniejsze jest tu i teraz, dziś. A dziś jest każdego dnia. Za miesiąc też wstaniemy i powiemy: jest dziś

Chciałoby się powiedzieć: chwytaj dzień. Zawsze uważałem, że zdanie składające się z dwóch wyrazów nie może być hasłem przewodnim życia. Przyszedł jednak moment, kiedy i ja musiałem się zastanowić, co Horacy chciał mi powiedzieć i co oznaczają poszczególne słowa. 

Dzień to nie czas od ściągnięcia piżamy do jej włożenia; to nie czas od wschodu do zachodu słońca. Dzień jest tym uczuciem, kiedy zrobiłeś wszystko, co mogłeś, a mimo to na jutro zostawiłeś sobie jeszcze więcej. 

Pojawia się pytanie: jak go schwytać? 

Tego dnia słowa co masz zrobić jutro, zrób dziś nabierają nowego znaczenia, bo połowa Polaków, o godzinie 7 rano pierwszego dnia stycznia, nie będzie mogła ruszyć nawet palcem albo jeszcze nie skończy się bawić. 

Wziąłem prysznic, jak co rano, śpiewając do zdarcia gardła. Włożyłem te same, za duże na mnie, dresy, zaparzyłem jedną z siedmiu rodzajów herbat, które czekają z niecierpliwością na swoją kolej. Słucham tej samej muzyki, inspirując przechodniów, którzy musieli słuchać akurat Lany Del Rey, kiedy myłem okna. Patrzyli, ale nie rozumieli. Wsiadłem na rower, który codziennie na mnie zerka, choć się nie porusza. Wyciągnąłem z szafy zepsutą walizkę, której używalność sięga ponad pół roku wstecz. Czas ją wyrzucić. Nie można się przyzwyczajać do czegoś, co było dobre kiedyś. Przygotowałem żelazko i deskę do prasowania, żeby na dzisiejszy wieczór odkurzyć i wyprasować z dawna nienoszoną, całkiem dobrą koszulę. Cieszą mnie SMS-y wysyłane do i otrzymane od tych samych osób, co zwykle. Pliki do wydruku wrzuciłem na prostokątnego pendrive'a, którego używam co najmniej od roku. A do lodówki nie zaglądam, bo tam nawet światła już nie ma. Wolę podnieść wieko kuferka dobrobytu, w którym schowały się ciastka i cukierki. Na szafce nocnej leżą nieprzeczytane książki obok tych, którym oddałem swój czas w zamian za ich mądrość. Nie będę żałował tego, że kładłem się o 5:30, a wstałem o 10, bo gdybym nie dokończył, gdybym zaborczo uznał, że sen jest ważniejszy od mojej ciekawości, działałbym wbrew sobie. 

A sylwester? To naprawdę nie ma znaczenia, gdzie go spędzisz. Przykład? Ona i Ja, mój pokój. Ten rok był tak udany dla nas obojga, że wpadłem na pomysł, by rzygać tęczą (skoro to hasło też poznałem w tym roku!). W moim przypadku ten pomysł nie jest rzuconym na wiatr: będzie tak fajnie, że ho, ho, miejmy innych gdzieś, nie istnieje nikt poza nami. Nie, dosłownie!
Wczorajsze zakupy w reprezentatywnym sklepie jednej z sieci spożywczych okraszonej symbolem owada, którego wiek liczy się kropkami na jego grzbiecie, mnie zainspirowały. Staliśmy przy alkoholach chwilę, może trochę dłużej. Jedna, druga, trzecia para. Czysta, czysta, czysta. Nuda! My przynajmniej wyszliśmy stamtąd nieziemsko zadowoleni! 

Przepis na rzyganie tęczą:

czerwony - wódka o smaku żurawiny + spaghetti
pomarańczowy - wódka o smaku mandarynki + szarlotka
żółty - wódka o smaku cytryny i gruszki
zielony - wódka limonkowa
niebieski - kolor banderoli na gazowanym napoju + kolor balonów
fioletowy - kolor paczki czipsów + okładka Zachcianek (skoro już będziemy pić w literatkach, to może uda się zorganizować spotkanie literackie?)

A co się potem z nami stanie? Mam tylko nadzieję, że będziemy działać zgodnie z przepisem i wszystko się uda!



To właśnie znaczy chwytaj dzień! Człowiek ma codziennie szansę na szczęście; codziennie może zmienić życie, nie zmieniając go; pokochaj to, do czego się przyzwyczaiłeś, ale angażuj się coraz bardziej i nie oszczędzaj. Chwytaj chwile, ucz siebie szczęścia, pokaż innym, że każdy dzień jest najważniejszy. 

sobota, 29 grudnia 2012

"By każdy dzień znaczenia więcej miał"

   




   Kilkadziesiąt litrów zielonej herbaty; nieprzespane noce tylko po to, by obejrzeć wschód słońca; kilka reklamacji, bo buty nie wytrzymały presji ciekawości świata; 10 kilogramów mniej; powrót do pasji z wczesnego dzieciństwa, która wtedy była całym życiem; porzucenie wymarzonego kierunku studiów; odnalezienie siebie; prasowanie koszul w końcu przestało być życiową udręką; jeszcze bardziej muzyka; walka z dziekanatem; obrona pracy licencjackiej w trampkach; Ludzie, którzy są i których pamiętam, bo każdy coś po sobie pozostawił albo wciąż coś daje do zrozumienia. 


   To reprezentatywny bilans mijającego roku. Strach pomyśleć, ile szczęścia będzie mi dane odczuć od momentu przekroczenia magicznej (dla wielu) granicy 1 stycznia, skoro lista mieści już ponad pięćdziesiąt myślników. Myślę, że to będzie strasznie trudne, ale tylko z jednego powodu - cierpliwość wymyka się z nawiasu, w którym ją uwięziłem. Ona chce coraz więcej, coraz szybciej, coraz bardziej intensywnie. Istnienie tego bloga zależy tylko od Ludzi, którzy mnie inspirują, którzy są obok i których spotkałem w Bydgoszczy w mniej lub bardziej przypadkowych okolicznościach. I, oczywiście, od tych, którzy dopiero będą. 


Myślę, że to również odpowiedni moment na ten wiersz, pisany przeze mnie w dziewiętnastą noc listopada.


Poznawczy maraton czasu 

Już czas
zdjąć płaszcz,
który zasłania werandę duszy
i
zacerować dziurawe skarpety
obnażające korzec słabości.

To czas,
by zdjąć buty,
rozwiązując najbardziej zagorzałe piórka na świecie,
które zawsze chodzą parami.

Czas
wyprasować niepokorną koszulę
i
postawić spodnie na kant,
żeby nie dać poznać po sobie
wszystkojedności.

Czas
włożyć rękawiczki,
by ukryć krótszą niż zwykle płytkę paznokcia
po nieprzespanej nocy
z ręką pod mokrą poduszką.

Czas
umyć zęby,
by nikt nie zobaczył,
jak biel zmienia kolor w pochodny jej odcień,
odrzucając skupioną uwagę,
z którą nie może się mierzyć żadne inne pragnienie.

Czas
pozbyć się włosów,
które przyrosły od ucha do ucha w kształcie jednej z samogłosek,
by wprowadzić pozory świeżości
do myśli bezosobowych quasi-rozmówców.


Czas
zmienić kolor oczu,
by porzucić niewygodne przyzwyczajenia
i
spojrzeć na świat jeszcze raz.

Najwyższy czas
ubrać się w prawdę,
pościelić przeszłość
i
złamać klucz w drzwiach,
które ukrywają bezradność haftowaną, co noc, sztucznym pedantyzmem.

Dziś czas,
by wyjść i wrócić nazajutrz
z bilansem osobistych porażek
utopionych w kąpieli.

Już czas
otworzyć okno
i
serce 
na nieznane Nowe


czwartek, 13 grudnia 2012

List do Świętego M.


Szanowny Święty Mikołaju,

Mam na imię Mateusz, mam 22 lata i 87 dni, niestety nie zdołam podzielić godziny na drobne. W każdym razie pragnę Ci zaznaczyć, że mój list będzie trącił Oskarem. Ty wiesz, o kogo chodzi. W sumie nawet ja mam swoją ciocię Różę, która mi kazała do Ciebie napisać, choć nie wierzę w Ciebie ani Twoją brodę.

Nie będę prosił o nową mamę, bo przecież nikt nie ma takiej, która wysyła pocztą karton ciastek do dużego miasta, która grozi teleportacją zimowej czapki i która cztery dni z rzędu zarzeka się, że zrobi przelew, choć wcale tego nie robi.
Nie będę prosił o brata, bo nikt nie ma takiego, który dzieli swoją radość na kilkoro, który skacze do oczu, kiedy humor mu na to pozwoli i takiego, który beknie przy stole, zostawiając brudny talerz przed czyimś nosem.
Nie będę prosił o Przyjaciela, bo nie ma takiego, z którym można na Wigilię pić wysokoprocentowe wino i zagryzać je skrzydełkami z KFC, a na deser zjeść górę słodyczy za dwie dychy.
Nie będę prosił o Bliźniaka, bo nie ma takiego, który ogarniałby kogoś innego, nie ogarniając siebie, z którym można by było sypać się śniegiem wśród ludzi tak, jakby nie było nikogo wokół i takiego, który mierzy wzrokiem te same pośladki, co jego jednojajowy odpowiednik.
Nie będę prosił o pieniądze, bo przecież żyję.
Nie będę prosił o zdrowie, bo na razie mi towarzyszy, a odebrać mogę je sobie sam, chodząc z gołą głową, kiedy język przymarza do szyby.
Nie będę prosił o ubranie, bo przecież nie masz pojęcia, gdzie się ubieram.
Nie będę prosił o nowe, wypasione słuchawki, choć świat muzyki stracił swoją intymność.
Nie będę prosił o kalendarz Pawlikowskiej na przyszły rok, bo, póki co, są ludzie, którzy darzą mnie dobrym słowem.
Nie będę prosił o wycieraczkę do pokoju, bo muszę nauczyć się sam, że buty zostawia się w korytarzu.
Nie będę prosił o górę słodyczy, bo kupuję je, kiedy tylko zechcę.
Nie będę prosił o kolejną płytę, która uzupełniłaby od połowy pusty stojak, bo mój gust wciąż się zmienia.
Nie będę prosił o książki, bo te same trafiają w moje ręce, nawet jeżeli muszę stanąć na palcach, by je sięgnąć.
Nie będę prosił o samochód, bo, mimo obrzydliwego mrozu, pięknie jest się poślizgnąć na oczach zdezorientowanych przechodniów.

Nie będę prosił o parę zakochanych we mnie źrenic, bo skończy się czekanie, a ja nie docenię tego gestu, sugerując, że mechanicznie skróciłeś życie mojej samotności.


Święty Mikołaju, dziś sobie odpocznij. Spełniaj marzenia innych dzieci.

Całusy,
Mateusz