środa, 2 stycznia 2013

Pięć pór samotności




Samotnym jest się tylko wtedy, gdy ma się na to czas.

(J. L. Wiśniewski, Samotność w sieci)




Już zawsze będziesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.

(A. de Saint-Exupery, Mały Książę)





Jedną z największych radości, jaką daje zakochanie się ze wzajemnością, jest poczucie, że zostało się wybranym przez najbardziej niezwykłą osobę na świecie.

(G. Rubin, Projekt Szczęście)




Jeszcze nie całkiem gotów
zamienić się dla nich w los, 
zbliżał ich i oddalał, 
zabiegał im drogę
i tłumiąc chichot
odskakiwał w bok.

(W. Szymborska, Miłość od pierwszego wejrzenia)




Czas to nie to, co mija, ale to, co nadchodzi.

(E.-E. Schmitt, Kiki van Beethoven)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Jutro też będzie dziś


Teraźniejszość jest efektem przeszłości. To, co jest teraz, tworzy podstawy przyszłości. Najważniejsze jest tu i teraz, dziś. A dziś jest każdego dnia. Za miesiąc też wstaniemy i powiemy: jest dziś

Chciałoby się powiedzieć: chwytaj dzień. Zawsze uważałem, że zdanie składające się z dwóch wyrazów nie może być hasłem przewodnim życia. Przyszedł jednak moment, kiedy i ja musiałem się zastanowić, co Horacy chciał mi powiedzieć i co oznaczają poszczególne słowa. 

Dzień to nie czas od ściągnięcia piżamy do jej włożenia; to nie czas od wschodu do zachodu słońca. Dzień jest tym uczuciem, kiedy zrobiłeś wszystko, co mogłeś, a mimo to na jutro zostawiłeś sobie jeszcze więcej. 

Pojawia się pytanie: jak go schwytać? 

Tego dnia słowa co masz zrobić jutro, zrób dziś nabierają nowego znaczenia, bo połowa Polaków, o godzinie 7 rano pierwszego dnia stycznia, nie będzie mogła ruszyć nawet palcem albo jeszcze nie skończy się bawić. 

Wziąłem prysznic, jak co rano, śpiewając do zdarcia gardła. Włożyłem te same, za duże na mnie, dresy, zaparzyłem jedną z siedmiu rodzajów herbat, które czekają z niecierpliwością na swoją kolej. Słucham tej samej muzyki, inspirując przechodniów, którzy musieli słuchać akurat Lany Del Rey, kiedy myłem okna. Patrzyli, ale nie rozumieli. Wsiadłem na rower, który codziennie na mnie zerka, choć się nie porusza. Wyciągnąłem z szafy zepsutą walizkę, której używalność sięga ponad pół roku wstecz. Czas ją wyrzucić. Nie można się przyzwyczajać do czegoś, co było dobre kiedyś. Przygotowałem żelazko i deskę do prasowania, żeby na dzisiejszy wieczór odkurzyć i wyprasować z dawna nienoszoną, całkiem dobrą koszulę. Cieszą mnie SMS-y wysyłane do i otrzymane od tych samych osób, co zwykle. Pliki do wydruku wrzuciłem na prostokątnego pendrive'a, którego używam co najmniej od roku. A do lodówki nie zaglądam, bo tam nawet światła już nie ma. Wolę podnieść wieko kuferka dobrobytu, w którym schowały się ciastka i cukierki. Na szafce nocnej leżą nieprzeczytane książki obok tych, którym oddałem swój czas w zamian za ich mądrość. Nie będę żałował tego, że kładłem się o 5:30, a wstałem o 10, bo gdybym nie dokończył, gdybym zaborczo uznał, że sen jest ważniejszy od mojej ciekawości, działałbym wbrew sobie. 

A sylwester? To naprawdę nie ma znaczenia, gdzie go spędzisz. Przykład? Ona i Ja, mój pokój. Ten rok był tak udany dla nas obojga, że wpadłem na pomysł, by rzygać tęczą (skoro to hasło też poznałem w tym roku!). W moim przypadku ten pomysł nie jest rzuconym na wiatr: będzie tak fajnie, że ho, ho, miejmy innych gdzieś, nie istnieje nikt poza nami. Nie, dosłownie!
Wczorajsze zakupy w reprezentatywnym sklepie jednej z sieci spożywczych okraszonej symbolem owada, którego wiek liczy się kropkami na jego grzbiecie, mnie zainspirowały. Staliśmy przy alkoholach chwilę, może trochę dłużej. Jedna, druga, trzecia para. Czysta, czysta, czysta. Nuda! My przynajmniej wyszliśmy stamtąd nieziemsko zadowoleni! 

Przepis na rzyganie tęczą:

czerwony - wódka o smaku żurawiny + spaghetti
pomarańczowy - wódka o smaku mandarynki + szarlotka
żółty - wódka o smaku cytryny i gruszki
zielony - wódka limonkowa
niebieski - kolor banderoli na gazowanym napoju + kolor balonów
fioletowy - kolor paczki czipsów + okładka Zachcianek (skoro już będziemy pić w literatkach, to może uda się zorganizować spotkanie literackie?)

A co się potem z nami stanie? Mam tylko nadzieję, że będziemy działać zgodnie z przepisem i wszystko się uda!



To właśnie znaczy chwytaj dzień! Człowiek ma codziennie szansę na szczęście; codziennie może zmienić życie, nie zmieniając go; pokochaj to, do czego się przyzwyczaiłeś, ale angażuj się coraz bardziej i nie oszczędzaj. Chwytaj chwile, ucz siebie szczęścia, pokaż innym, że każdy dzień jest najważniejszy. 

sobota, 29 grudnia 2012

"By każdy dzień znaczenia więcej miał"

   




   Kilkadziesiąt litrów zielonej herbaty; nieprzespane noce tylko po to, by obejrzeć wschód słońca; kilka reklamacji, bo buty nie wytrzymały presji ciekawości świata; 10 kilogramów mniej; powrót do pasji z wczesnego dzieciństwa, która wtedy była całym życiem; porzucenie wymarzonego kierunku studiów; odnalezienie siebie; prasowanie koszul w końcu przestało być życiową udręką; jeszcze bardziej muzyka; walka z dziekanatem; obrona pracy licencjackiej w trampkach; Ludzie, którzy są i których pamiętam, bo każdy coś po sobie pozostawił albo wciąż coś daje do zrozumienia. 


   To reprezentatywny bilans mijającego roku. Strach pomyśleć, ile szczęścia będzie mi dane odczuć od momentu przekroczenia magicznej (dla wielu) granicy 1 stycznia, skoro lista mieści już ponad pięćdziesiąt myślników. Myślę, że to będzie strasznie trudne, ale tylko z jednego powodu - cierpliwość wymyka się z nawiasu, w którym ją uwięziłem. Ona chce coraz więcej, coraz szybciej, coraz bardziej intensywnie. Istnienie tego bloga zależy tylko od Ludzi, którzy mnie inspirują, którzy są obok i których spotkałem w Bydgoszczy w mniej lub bardziej przypadkowych okolicznościach. I, oczywiście, od tych, którzy dopiero będą. 


Myślę, że to również odpowiedni moment na ten wiersz, pisany przeze mnie w dziewiętnastą noc listopada.


Poznawczy maraton czasu 

Już czas
zdjąć płaszcz,
który zasłania werandę duszy
i
zacerować dziurawe skarpety
obnażające korzec słabości.

To czas,
by zdjąć buty,
rozwiązując najbardziej zagorzałe piórka na świecie,
które zawsze chodzą parami.

Czas
wyprasować niepokorną koszulę
i
postawić spodnie na kant,
żeby nie dać poznać po sobie
wszystkojedności.

Czas
włożyć rękawiczki,
by ukryć krótszą niż zwykle płytkę paznokcia
po nieprzespanej nocy
z ręką pod mokrą poduszką.

Czas
umyć zęby,
by nikt nie zobaczył,
jak biel zmienia kolor w pochodny jej odcień,
odrzucając skupioną uwagę,
z którą nie może się mierzyć żadne inne pragnienie.

Czas
pozbyć się włosów,
które przyrosły od ucha do ucha w kształcie jednej z samogłosek,
by wprowadzić pozory świeżości
do myśli bezosobowych quasi-rozmówców.


Czas
zmienić kolor oczu,
by porzucić niewygodne przyzwyczajenia
i
spojrzeć na świat jeszcze raz.

Najwyższy czas
ubrać się w prawdę,
pościelić przeszłość
i
złamać klucz w drzwiach,
które ukrywają bezradność haftowaną, co noc, sztucznym pedantyzmem.

Dziś czas,
by wyjść i wrócić nazajutrz
z bilansem osobistych porażek
utopionych w kąpieli.

Już czas
otworzyć okno
i
serce 
na nieznane Nowe


czwartek, 13 grudnia 2012

List do Świętego M.


Szanowny Święty Mikołaju,

Mam na imię Mateusz, mam 22 lata i 87 dni, niestety nie zdołam podzielić godziny na drobne. W każdym razie pragnę Ci zaznaczyć, że mój list będzie trącił Oskarem. Ty wiesz, o kogo chodzi. W sumie nawet ja mam swoją ciocię Różę, która mi kazała do Ciebie napisać, choć nie wierzę w Ciebie ani Twoją brodę.

Nie będę prosił o nową mamę, bo przecież nikt nie ma takiej, która wysyła pocztą karton ciastek do dużego miasta, która grozi teleportacją zimowej czapki i która cztery dni z rzędu zarzeka się, że zrobi przelew, choć wcale tego nie robi.
Nie będę prosił o brata, bo nikt nie ma takiego, który dzieli swoją radość na kilkoro, który skacze do oczu, kiedy humor mu na to pozwoli i takiego, który beknie przy stole, zostawiając brudny talerz przed czyimś nosem.
Nie będę prosił o Przyjaciela, bo nie ma takiego, z którym można na Wigilię pić wysokoprocentowe wino i zagryzać je skrzydełkami z KFC, a na deser zjeść górę słodyczy za dwie dychy.
Nie będę prosił o Bliźniaka, bo nie ma takiego, który ogarniałby kogoś innego, nie ogarniając siebie, z którym można by było sypać się śniegiem wśród ludzi tak, jakby nie było nikogo wokół i takiego, który mierzy wzrokiem te same pośladki, co jego jednojajowy odpowiednik.
Nie będę prosił o pieniądze, bo przecież żyję.
Nie będę prosił o zdrowie, bo na razie mi towarzyszy, a odebrać mogę je sobie sam, chodząc z gołą głową, kiedy język przymarza do szyby.
Nie będę prosił o ubranie, bo przecież nie masz pojęcia, gdzie się ubieram.
Nie będę prosił o nowe, wypasione słuchawki, choć świat muzyki stracił swoją intymność.
Nie będę prosił o kalendarz Pawlikowskiej na przyszły rok, bo, póki co, są ludzie, którzy darzą mnie dobrym słowem.
Nie będę prosił o wycieraczkę do pokoju, bo muszę nauczyć się sam, że buty zostawia się w korytarzu.
Nie będę prosił o górę słodyczy, bo kupuję je, kiedy tylko zechcę.
Nie będę prosił o kolejną płytę, która uzupełniłaby od połowy pusty stojak, bo mój gust wciąż się zmienia.
Nie będę prosił o książki, bo te same trafiają w moje ręce, nawet jeżeli muszę stanąć na palcach, by je sięgnąć.
Nie będę prosił o samochód, bo, mimo obrzydliwego mrozu, pięknie jest się poślizgnąć na oczach zdezorientowanych przechodniów.

Nie będę prosił o parę zakochanych we mnie źrenic, bo skończy się czekanie, a ja nie docenię tego gestu, sugerując, że mechanicznie skróciłeś życie mojej samotności.


Święty Mikołaju, dziś sobie odpocznij. Spełniaj marzenia innych dzieci.

Całusy,
Mateusz

sobota, 24 listopada 2012

Za horyzontem zwyczajności


Chowam się w oknie, które konformistycznie ulega totalitaryzmowi kolorowych rolet usiłujących sprawić dobre wrażenie, bo zaczęło brakować powietrza. Nie mam pojęcia, jak przełamać powszechne myślenie o poprawności życia. Dojrzałem dostatecznie dawno, by powiedzieć: ja tak nie chcę. Nie będę żył z dnia na dzień, nie uda mi się zamiar myślenia przyszłościowego. Samotność utożsamiam z poznaniem swoich potrzeb i określeniem siebie, doskonaleniem swoich mankamentów wynikających z charakteru i próbą odpowiedzi na pytanie, za którym rogiem mam stać, by nie przegapić życiowej szansy. Wbrew pozorom to czekanie będzie miało charakter niezwykle intensywny. Ten stan, kiedy czuję, że w pokoju nie ma żadnej innej istoty, a ja znów leżę na przewygodnym materacu i pałaszuję kolejną paczkę ciastek zapijaną zieloną herbatą i podsycaną światłem z niebieskiej lampki nocnej, oznacza jedno – zakumpluj się z samym sobą, będzie Ci łatwiej przyjąć z dawna wyczekiwanego Gościa.

Przeglądając się w twarzach osób spotkanych przypadkiem na ulicach miasta, widzę pozornie obcego mi człowieka. Zakompleksiony introwertyk, który uciekał wzrokiem i słowem od większości nastolatków, dziś jest świadomym siebie mężczyzną. Świadomym swych wad, ale także wierzącym. Jako że nadzieja jest słabsza od wiary, wierzę w siłę marzeń i lepszą połowę siebie. Nie przestałem jednak bać się ludzi. Recz w tym, że Oni o tym nie wiedzą, bo moja głowa unosi dumę bycia sobą i radość życia. Wierzę, że jedną z najpiękniejszą chwil jest moment, kiedy wychodzisz z ciepłego, nierobiącego krzywdy i niezawstydzającego cię pokoju, by móc ujrzeć czyjś uśmiech. Jestem dzięki zwykłym ludziom, przez nich znam swoją wartość, życie poznaję razem z nimi, a mimo nich uczę się siebie, kiedy zataczam koło i wracam do równie ciepłego i zamkniętego pięciokąta, w którym żyję po godzinach.

                Jestem, choć się nie wyróżniam. Słucham, choć boję się odezwać. Patrzę, choć często uciekam wzrokiem. Czuję, choć nie zawsze się uśmiecham. Zamykam się w sobie, choć jestem bardzo otwarty na dłonie pełne serdeczności.

                Tam, gdzie nie prowadzi droga przez siedem gór, a siedmiomilowe buty boją się zbliżyć, nie udało mi się być kochanym. Wykształcenie zdobyłem niezadowalającymi półśrodkami, ludzie odeszli, bo nie potrafiłem, bo fobie zablokowały stawy, dzięki którym mógłbym się zbliżyć. Czas zmazał ślady mojego istnienia, choć ja wciąż pamiętam chwile, kiedy chciałem być. Strach jest złodziejem odwagi i mordercą pewności siebie.

                Rok temu wylałem jak rzeka. Wpuściłem powietrze do wszystkich zespołów komórkowo-naczyniowo-tkankowych. To niezaplanowane zrządzenie losu do dziś, każdego dnia, pozwala odpowiadać mi na pytanie: czego chcesz? Pragnień jest wiele, marzenia rodzą się z każdym kolejnym spojrzeniem na świat. Bez względu na to, czy filtrem, przez który przepuszczam moje myśli, jest niebo, chodnik, kubek gorącej herbaty czy człowiek, mają one zawsze charakter niekontrolowany.

                Co to znaczy być sobą? Dla mnie odpowiedź na to pytanie już zawsze będzie oznaczać jedno – stan, kiedy rozumie cię w pełni tylko jedna osoba. Stabilizacja jest nie dla mnie, nie dziś. Szukam, więc zmieniam. Oglądam, wącham, dotykam. Odkrywam, doświadczam, poznaję. Wychodzę, porzucam teraźniejszość, jestem wolny, kocham. A co najważniejsze, moje przeobrażenie można ująć jednym zdaniem: zagubienie pomogło mi się odnaleźć. 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Jak to jest być mną?

Jesienna opowieść ze środka nocy 18 listopada


Weekend na półmetku, a już mogę śmiało powiedzieć, że jest dobry. Wyszedłem z łóżka w rozpiętym płaszczu i koszuli rozerwanej wzdłuż wertykalnej granicy guzików, a dwie doby wcześniej słaniałem się na nogach. Igram ze zdrowiem. Zimowe mrozy potrafię przetrwać bez czapki, gdy stuprocentowa zawartość śniegu wisi w powietrzu.  Ludzie odważnie odchylają głowę do tyłu, bo jak tak można?. Lubię czuć świat każdym, nawet najmniejszym, zakończeniem nerwowym mojego siedemdziesięciopięciokilogramowego i stuosiemdziesięciotrzycentymetrowego ciała. Może nie wyglądam, ale w ostatniej kolejności w moim zwyczajnym dniu, bo w święta pilnuje mnie mama, odhaczam jedzenie. Muszę mieć wodę i słodycze, to przede wszystkim, a resztę miejsca zajmują Ludzie, muzyka i film – oczywiście dramat. Depresyjną naturę również mógłbym sobie wpisać w kartotekę – zaraz za ironią, sarkazmem i czarnym humorem.

Jest sobie taka Ania. Bardzo ją lubię. Gdybyśmy nie mieli innych rodziców, pewnie powiedziałbym: masz większe cycki, ale musisz zostać moim Bliźniakiem, bo żadne z nas nie będzie się uśmiechało. Kruszyna, kurdupel, Mała Dama. To ona nauczyła mnie, żeby się piąć i piąć, ale właśnie dziś zwątpiłem, dziś się coś skończyło. Na ściance wspinaczkowej, o której gaworzę, skończyły nam się trasy, skończył się świat. Ze ścianką jest jak z dzieciństwem i dorosłością – najpierw, jak w dzieciństwie, chodzisz, jak chcesz i gdzie chcesz. Przychodzi jednak moment, kiedy ktoś narzuca Ci role i idziesz wytyczonym wcześniej szlakiem jednego koloru, który obrało już wielu nieudanych, smutnych ludzi. To oczywiście dorosłość, dlatego jestem Dzieciakiem.

Dzisiejsza rozmowa dała mi tyle dobrego, że mógłbym nie spać przez kolejną dobę. Słowa brzmią tak patetycznie jak te umieszczone na ostatniej stronie mojej ulubionej książki. Oskar i Pani Róża jest dla mnie najpiękniejszym dziecięcym pamiętnikiem z Bogiem w tle, w którego nagminnie wątpię. Choć mam tę książkę na wyciągnięcie ręki każdego dnia, czytam ją tylko w autobusie, bo to właśnie tam dochodzi do największych konfrontacji "ja" z moimi marzeniami, zbłąkanymi myślami, niewylanymi łzami i niewyartykułowanymi słowami. Samochodem też nie pogardzę. Rondo Jagiellonów – moje ulubione. Dziś ryczałem wraz z silnikiem chyba z 10 minut, zanim nomady i zombie zaczęły uciekać przed życiem, chowając się na grzbiecie koni mechanicznych i zagłuszając muzyką okropny bezdech samotności, ustępując mi miejsce na lewym pasie. Lewa strona – bliżej serca, nie wypada mi, jako mi, jej nie lubić.

Nie bywam szaleńczo zakochany, ale powinno się do mnie kilami przywiązywać cierpliwość. A serce to nie tylko wybujała symbolika i niepoprawny emocjonalnie narząd. Serce to ja. Chociaż z konsensusem między nim a zawartością mózgoczaszki nie będę walczył. Nie chodzę w tym samym kierunku, nie patrzę na to, co największe, mnie nie „wypada”, kupuję tzw. odzież angielską (pewnie i tak nosili ją Polacy), a mój pokój nie jest standardowym czworokątem. Jedno się nie zmienia – zawsze będę przemierzał życie w przeciwną stronę. Nie na przekór, różnice zauważam dopiero wtedy, gdy porównuję.

Nikt inny mnie nie zastąpi, nawet, jeżeli krzywdzę, bo jestem powodem wielu uśmiechów i kilku łez (Ja, autor: Ja). Czasem, jak dopadnie mnie lepsze "ja", jestem z siebie dumny, że potrafię być sobą, że potrafię powiedzieć NIE, a czasem wykazuję skłonności do walki, chociaż nigdy rycerzem nie byłem. W przedstawieniach zazwyczaj odgrywałem rolę pastucha, a raz miałem na imię Józef i byłem z kobietą, lol. Za 10h jadę na koncert, więc wypadałoby iść spać, no, bo tak – śpiewam, piszę wiersze i zwerbalizowałem psychodeliczne, heteroseksualne opowiadanie. Tak, tak, dobre sobie.


Mam 22 lata. Błędy są moim hymnem narodowym. 

poniedziałek, 12 listopada 2012

Żyć to uciekać



Znów można spotkać mnie na mieście ze słuchawkami w uszach, w kapturze, który nakłania przechodniów do słów masz ognia?, przy kopaniu liści, obijaniu się o place zabaw, które już chyba ze mnie wyrosły i patrzeniu w niebo. Kolejny raz wtapiam się w miejską kulturę, bo kilometr tutaj to jak krok na wsi. W sumie ja nie o tym, ale ilekroć tu wchodzę, zastanawiam się, dlaczego zrobiło się pusto. Zabrakło człowieka-anonima, z którym połączyłoby mnie choć 5 minut.

Dzisiejszy przypadek mógłby być nie lada wyzwaniem dla psychologa. Z ironią i serio - alkohol sprawia, że życie mogłoby skończyć się za chwilę. Jest tak dobrze, że nic więcej nie trzeba. Ciekawe co robił Ramapithecus zanim uzyskał 35-37 litrów alkoholu z żyta. Może wtedy małpa zaczęłaby mówić szybciej, bo niewątpliwie język staje się superwykwalifikowanym narzędziem oratorskim.

Idąc dobrze mi znanym chodnikiem, który raz, jak menisk, jest wypukły, a raz wklęsły, usłyszałem bełkot mężczyzny koło czterdziestki obijającego się o krwawą czerwień cegły, która spłodziła okoliczne kamienice. Taki widok nie dziwi, choć muszę przyznać, że, jak na ledwo stąpającego po ziemi, właściciel granatowej kurtki okazał się bardzo rozmowny. Unosząc się na fali chłodnego powietrza, manewrowałem między czterokołowcami, by dostać się na drugą stronę ulicy. Z tego miejsca było już blisko do bezpośredniego spotkania z człowiekiem, który róg Świętojańskiej i Kościuszki uczynił zielonogórską estradą. Jednoosobowy konkurs piosenki rosyjskiej jednak się nie udał, bo publiczność zamknęła się w samochodach, domach i okolicznych sklepach.

Jest jednak jeden fakt - pan z alkoholem, który tańczył walca z jego hemoglobiną, dał mi do myślenia bardziej niż wykwalifikowana kadra nauczycielska na uniwersytecie.

Chwiejąc się na jednej nodze, właściciel granatowej kurtki próbował złapać klamkę do alkoholowego eldorado. Nic z tego. Przerwałem tę śmieszno-żałosną scenę, kurtyna opadła, koncert został odwołany, a wszystko przez wiatr wywołany moją osobą.

Nadeszła pora epilogu, którego nikt się nie spodziewał, a jego autor nie będzie nawet o tym pamiętał. Dopiero teraz uświadamiam sobie, co powiedziałem, ale chyba to ma sens, ja nie uciekam...?


Pan: Zabijesz mnie.
Ja: Chciałbyś.